Rozdział 8 - Prywatna strona Tomasza Przybysza

Prywatna strona Tomasza Przybysza
Przejdź do treści

Menu główne:

Rozdział 8

Rozdział 8



Nadszedł grudzień 1998 roku. Wypisywałem kartki świąteczne do rodziny i znajomych i przyszła mi do głowy myśl, aby napisać także do Agnieszki. W głębi duszy nie potrafiłem o niej zapomnieć, a poza tym chciałem dać sobie jeszcze jedną szansę. Nie spodziewałem się odzewu z jej strony, tym bardziej byłem zaskoczony, gdy po kilku dniach otrzymałem odpowiedź na swój list. Ku mojemu zdumieniu Agnieszka nie zapomniała o mnie i mój list bardzo ją ucieszył (a zarazem zaskoczył). Chociaż nie napisała dlaczego nie odpisywała wcześniej na moje listy, to jednak byłem niesamowicie uradowany tym, że w ogóle do mnie napisała.
Już po Nowym Roku (na początku stycznia 1999 roku) w moim pierwszym "oficjalnym" liście poprosiłem Agnieszkę o zdjęcie. Chciałem zobaczyć jak aktualnie wygląda, czy bardzo się zmieniła przez te lata, no i przede wszystkim czy nadal jest taka śliczna. Otrzymałem je w następnym liście. Gdy ją znów zobaczyłem, to przez chwilę poczułem się jakbym znalazł się w niebie. Wyglądała tak cudownie, że nie mogłem oderwać od niej wzroku. Dopiero po chwili spostrzegłem, że nie jest sama na tym zdjęciu. Z listu dowiedziałem się, że razem z nią na fotografii jest jej siostrzenica oraz... półtoraroczny synek Oliver.
Jednak tym razem nie chciałem jej stracić i dlatego też zdecydowałem się ukrywać moje uczucie przed Agnieszką. Wielokrotnie chciałem jej opowiedzieć o tym, co się dzieje w moim sercu, ale strach przed jej utratą był silniejszy od prawdy i milczałem.
Agnieszka nadal studiowała, przygotowywała się właśnie do egzaminów, na dodatek podjęła jeszcze pracę, miała więc coraz mniej czasu na korespondowanie ze mną. Postanowiłem wtedy wysyłać jej swoje listy bez względu na to czy dostanę na nie odpowiedź, czy też nie. Zacząłem dla niej prowadzić taki "mini-pamiętnik", opisywałem jej swoje codzienne życie, pisałem jej o tym co się u mnie dzieje, zwierzałem się ze wszystkich zmartwień, ale tego, że kocham ją ponad wszystko nadal nie miałem odwagi napisać.
W marcu postanowiłem zrobić jej niespodziankę. Ponieważ w moim ulubionym radiu w każdy piątek słuchałem programu "Prywatka", w którym puszczali stare przeboje, więc przyszło mi do głowy, aby poprosić osobę prowadzącą program o jakąś piosenkę dla Agnieszki. Wybór mój padł na piosenkę "Darling" duetu Baccara, natomiast piosenkę swoim ciepłym głosem zapowiadała Arleta - jedna z moich ulubionych DJ-ek prowadzących ten program. Agnieszka bardzo się ucieszyła z tej dedykacji, a ja odtąd zawsze starałem się zadedykować jej jakąś piosenkę.

Na początku maja zacząłem niespodziewanie dostawać listy z całej Polski. Nie wiedziałem skąd one się biorą, byłem tym faktem bardzo zaskoczony. Myślałem, że może ktoś zrobił mi głupi kawał i dał w moim imieniu anons do jakiejś gazety. Dopiero od koleżanki dowiedziałem się, że w miesięczniku "Integracja" w "Kąciku Przyjaciół" ukazał się fragment mojego listu i stąd ta cała korespondencja. A ponieważ miałem coraz więcej wolnego czasu (gdyż coraz rzadziej otrzymywałem coś do przepisania na komputerze), więc nawiązałem mnóstwo nowych znajomości.
Moje listy stawały się powoli coraz bardziej "dojrzałe", a w głębi duszy zakiełkowała myśl, aby zostać pisarzem. Lecz minie jeszcze kilka miesięcy zanim myśl przeszła w czyn...

Taką pierwszą nieśmiałą próbą piśmienniczą było uczestnictwo w konkursie literackim ogłoszonym przez "Tygodnik Zamojski". Tematem konkursu było opisanie swojej największej miłości. Nawet przez chwilę nie zastanawiałem się nad wyborem - postanowiłem napisać o Agnieszce.
W ciągu zaledwie dwóch dni powstało opowiadanie, które zatytułowałem "Historia pisana sercem". Tytuł trafnie oddawał treść opowiadania, gdyż to właśnie serce dyktowało mi co mam pisać. Uznałem to opowiadanie za bardzo udane, wysłałem je na konkurs, lecz nie otrzymałem żadnej informacji o wynikach tego konkursu. Nie zraziłem się tym, tylko zacząłem myśleć o temacie na swoją pierwszą  powieść.

Kolejny mój wyjazd na wczasy okazał się totalną klapą. Wyjechałem we wrześniu z mamą na dwutygodniowy pobyt do Ciechocinka (pod patronatem Wielkopolskiego Związku Inwalidów Narządu Ruchu, którego byłem członkiem).
Wyjazd był z Dworca Zachodniego w Poznaniu o godz. 5.30 rano. Do Poznania zawiózł nas znajomy, a później przesiedliśmy się do autokaru. Mieliśmy wyjechać punktualnie o szóstej, ale czekaliśmy jeszcze na spóźnialskich i w rezultacie ruszyliśmy dopiero przed godz. 7. Być może to opóźnienie uratowało nas przed nieszczęściem.
Kilka kilometrów za Poznaniem (w Murowanej Goślinie) miał miejsce tragiczny wypadek. Samochód osobowy jadący z nadmierną prędkością uderzył w jadący z naprzeciwka samochód dostawczy. Gdy przejeżdżaliśmy koło miejsca wypadku (bardzo powoli, gdyż utworzył się gigantyczny korek) strażacy właśnie rozcinali samochody, które były strasznie splątane ze sobą. Nikt nic nie mówił, ale każdy myślał o tym, że gdyby nie to nasze opóźnienie w wyjeździe, to być może nasz autokar byłby na miejscu któregoś z tych samochodów.
Po czterech godzinach jazdy dojechaliśmy do Ciechocinka. Na pierwszy rzut oka było tam dość przyjemnie, czułem się jak w lesie - całe miasteczko tonęło w zieleni. Ośrodek wczasowy również zrobił na mnie dobre wrażenie (przynajmniej z zewnątrz).
To wrażenie prysło jednak w środku. Otworzywszy drzwi pokoju w nasze nosy uderzył zaduch dawno nie wietrzonego pomieszczenia oraz odór świeżej farby. W środku znajdowały się dwa "łóżka" składające się z szerokiej deski (stare drzwi od szafy?) położonej na drewnianych klockach i przykrytej gumowym materacem, mały stoliczek i dwa krzesła, szafa w przedpokoju oraz przedpotopowe radio. Do umycia się mieliśmy małą umywalkę, wspólna łazienka (jak również toaleta) mieściła się na korytarzu.
Na domiar złego mieszkaliśmy w skrzydle, które było właśnie w remoncie, więc codziennie około godz. 7 rano budziły nas odgłosy stukania i wiercenia w ścianie. Na szczęście po południu ekipa kończyła pracę i zapadała wtedy błoga cisza.
Nudziłem się tam okropnie. Jak to zwykle bywało - znów nie miałem żadnych zabiegów i mój pobyt był wybitnie klimatyczny. Na dodatek nie miałem tam prawie żadnych rówieśników.
Wjeżdżając na stołówkę powiodłem po sali wzrokiem i oniemiałem: średnia wieku kuracjuszy grubo przekraczała 40 lat. Osoby mniej więcej w moim wieku mogłem policzyć na palcach jednej ręki (a wszystkich osób było około 400). "I ja tu mam spędzić dwa tygodnie!" - jęknąłem w duchu.
Sytuację uratowało poznanie pewnego małżeństwa, które przyjechało z naszym turnusem. Prześliczna dziewczyna od razu zwróciła moją uwagę, opiekowała się facetem na wózku (mniej więcej w tym samym wieku co ja). Później dowiedziałem się, że ona ma na imię Danusia, a ten gość to jej mąż Rafał.
Widząc jak Danusia opiekuje się Rafałem, przypomniałem sobie jak cztery lata temu również i ja byłem pod opieką tak cudownej istoty. Ponieważ Rafał w wyniku wypadku był całkowicie sparaliżowany, więc Danusia musiała przy nim być cały czas. I chociaż ta opieka była czasem dla niej trudna, to zawsze chodziła uśmiechnięta i radosna jak skowronek, a z jej oczu promieniowała bezgraniczna miłość do męża. Zazdrościłem Rafałowi tak wspaniałej żony.
Po dwóch tygodniach nudzenia się w Ciechocinku nadszedł czas powrotu do domu. Cztery godziny drogi powrotnej zniosłem dzielnie, ale miałem już dosyć tej jazdy i marzyłem o tym, aby jak najszybciej znaleźć się w domu.
Wróciwszy do domu postanowiłem sobie, że już nigdy nie dam się namówić na żadne wczasy "nie wiadomo gdzie" i jeśli tylko będę mógł, to postaram się wyjeżdżać wyłącznie nad morze.
Miło było znów znaleźć się w Żabnie, zasiąść przed komputerem, posłuchać mojego ukochanego radia (w Ciechocinku nie mogłem go złapać w moim radioodbiorniku). Dzień później była "Prywatka" prowadzona przez moją ulubioną DJ-kę Arletę. Jak zwykle podczas programu zadzwoniłem do niej z prośbą o piosenkę dla Agnieszki oraz aby się przywitać po dwutygodniowej nieobecności. Podziękowała mi za kartkę z Ciechocinka, którą jej wysłałem, lecz w muzycznej zapowiedzi mylnie określiła mnie jako osobę mieszkającą w Poznaniu. Postanowiłem wtedy napisać do niej list, przedstawić się bliżej i opisać trochę siebie - w końcu już od pół roku spełniała moje muzyczne prośby i zaczęła poznawać mnie po głosie.
Tydzień później znów prowadziła "Prywatkę". Zadzwoniłem po kolejną piosenkę dla Agnieszki i... ku mojemu ogromnemu zdumieniu podała mi swój domowy numer telefonu, abym do niej mógł zadzwonić.
Po kilku dniach znalazłem trochę wolnego czasu, zebrałem się na odwagę i zadzwoniłem do niej. Nasza pierwsza rozmowa trwała... 45 minut. Rozmawiało nam się bardzo lekko, po raz pierwszy nie czułem tremy. Arleta powiedziała mi wtedy, że mój list bardzo jej się podobał, że mam talent literacki i nie powinienem go zmarnować. Uznałem to za doskonały pomysł i postanowiłem zostać pisarzem...

26 października moja ukochana Agnieszka obchodziła swoje urodziny. Postanowiłem zrobić jej niespodziankę i usłyszeć ją "na żywo". Ponieważ wiedziałem gdzie pracuje, więc zdobycie numeru telefonu do niej do pracy było tylko kwestią kilkudziesięciu sekund rozmowy z Biurem Numerów Zamiejscowych.
Dochodziła godz. 10 rano, gdy z bijącym sercem wydusiłem na klawiaturze telefonu numer do Świebodzina. "Witamy w Banku Zachodnim w Świebodzinie. Proszę tonowo wybrać numer wewnętrzny lub poczekać na zgłoszenie się operatora" - przywitał mnie głos z taśmy. Po kilkunastu sekundach odezwała się pani z centrali:

- Słucham?
- Dzień dobry, czy pracuje u Was Agnieszka J.?

Pani sprawdziła coś i po chwili odpowiedziała, że pracuje i już mnie z nią łączy. Usłyszałem miłą melodyjkę, a po kilku sekundach odezwał się głos:

- Słucham, J.

Serce podeszło mi do gardła i nie wiedziałem co mam powiedzieć. Wreszcie się przemogłem:

- Witaj Agnieszko, czy domyślasz się może kto do Ciebie zadzwonił?
- Nie - odpowiedziała.
- A gdybym zaczął rozmowę od "Witaj księżniczko" (tak zaczynałem każdy mój list do niej) poznałabyś mnie?
- Tomek? - jej zdziwienie było ogromne. - Nie spodziewałabym się, że do mnie zadzwonisz.
- Chciałem zrobić Ci niespodziankę, a poza tym chciałbym Ci złożyć najlepsze życzenia z okazji urodzin.

Oczyma duszy zobaczyłem jej uśmiech. Jeszcze chwilę rozmawialiśmy ze sobą, aż wreszcie się pożegnałem, gdyż nie chciałem jej przeszkadzać w pracy. Po tej rozmowie poczułem ogromny przypływ energii i dobrego humoru i przez resztę dnia pracowałem jak na skrzydłach.
Skoro tak świetnie się poczułem po telefonie do Agnieszki, postanowiłem regularnie do niej dzwonić. Chociaż te rozmowy były dość krótkie, to musiałem usłyszeć jej słodki głosik, choćby miało to trwać tylko kilka sekund. Z każdą rozmową coraz bardziej byłem w niej zakochany i coraz bardziej za nią tęskniłem. Nadal nie mogłem jednak zdobyć się na wyznanie swoich uczuć.
Dopiero na początku grudnia znalazłem w sobie tyle odwagi, aby napisać Agnieszce prawdę. Był to najpiękniejszy list, jaki kiedykolwiek napisałem. Zawarłem w nim całą miłość, jaka we mnie istniała, napisałem Agnieszce o tęsknocie za nią, przelałem na papier wszystko to, co się działo w moim zakochanym sercu...


Nadchodzi powoli nowe tysiąclecie. Miniony rok przeżyłem bardzo intensywnie i w nowe milenium wkroczę z nadzieją na lepsze jutro. Czy to jutro rzeczywiście będzie lepsze? Jak potoczy się moja kariera literacka? Czy wygram w walce z FOP, czy też choroba będzie silniejsza ode mnie? Co się stanie z moją miłością do Agnieszki? Czy zostanie odwzajemniona a ja znajdę wreszcie to najpiękniejsze uczucie, bez którego ludzkie życie byłoby bezsensowne?

Wróć do spisu treści | Wróć do menu głównego