Rozdział 7 - Prywatna strona Tomasza Przybysza

Prywatna strona Tomasza Przybysza
Przejdź do treści

Menu główne:

Rozdział 7

Rozdział 7



Pierwsze spotkanie po latach z pracownikami "Startu" było dla mnie miłą niespodzianką, a jednocześnie zaskoczeniem. Pan Edward nie pracował już na swoim stanowisku, prezesem był teraz pan Romuald, z którego córką byłem na kolonii we Wągrowcu w jednej grupie.
Wczasy miały być nad morzem w Mielnie. Cieszyłem się bardzo z wyjazdu w październiku, gdyż letnie upały były dla mnie bardzo męczące. Tym razem jechałem już autokarem razem z innymi wczasowiczami.
Chociaż podróż była dość męcząca dla mnie (sześć godzin jazdy), to jechało się bardzo przyjemnie. Kierownik turnusu, pan Irek, oraz jego prawa ręka i rehabilitantka w jednej osobie, pani Ina, stworzyli nam miłą atmosferę i chociaż od samego rana rozpadał się deszcz, to generalnie wszyscy byliśmy w dobrym humorze i nikt nie siedział ze skwaszoną miną.
Jechałem bardzo zaciekawiony jak to będzie nad tym morzem (gdyż jeszcze nigdy nad nim nie byłem), ale nie przypuszczałem, że czeka mnie tam niespodzianka.
Wreszcie zajechaliśmy na miejsce. Również w Mielnie padał deszcz, wiał na dodatek silny wiatr, ale po południu niebo zaczęło się powoli przejaśniać, jakby nie chciało nam zepsuć pobytu.
Ośrodek był wspaniały. Był to właściwie hotel mieszczący się w trzech budynkach (w tym dwa kilkupiętrowe), przy którym była ogromna stołówka i mała sala taneczna z barem. Położony był nad samym morzem, tak więc do snu usypiał mnie szum fal. Znakomicie dostosowany do wózków inwalidzkich, pokoje wyposażone dość dobrze (telewizor, radio, czajnik itp.), łóżka wygodne - czułem, że ten pobyt będzie niezwykły.
I rzeczywiście był. Podczas obiadu dowiedziałem się od pana Irka, że... nie mają dla mnie opiekuna.

- Szkoda, że nikt mnie o tym wcześniej nie poinformował - powiedziałem - to mama załatwiłaby dla mnie opiekuna.
- I co teraz zrobimy? - zapytał pan Irek - Ani ja, ani pani Ina nie mamy czasu się Tobą opiekować cały czas, gdyż mamy mnóstwo pracy. Może mama mogłaby przyjechać do Ciebie? Oczywiście nie płaciłaby za pobyt, gdyż byłaby tu jako Twój opiekun.
- Z tego co wiem, to mama raczej nie będzie mogła przyjechać. Przez te dwa tygodnie mojej nieobecności ona chce wyremontować mój pokój i nie może tego zostawić i przyjechać tutaj. Chociaż... może Ewa przyjechałaby do mnie? To jest moja przyjaciółka, która codziennie do mnie przychodzi i myślę, że dałaby sobie ze mną radę.

Jeszcze dyskutowaliśmy o Ewie, ale chyba dali się przekonać o jej odpowiedzialności. W końcu jeśli ja mogłem zaufać dziewiętnastoletniej dziewczynie, to dlaczego oni mieli jej nie ufać? To przecież mną miała się zaopiekować, a nie nimi.
Po obiedzie zostaliśmy zakwaterowani w pokojach, a później pan Irek poszedł zadzwonić do mojej mamy. Poinformował ją o całej sytuacji, o mojej prośbie, aby Ewa do mnie przyjechała, i tak ją "oczarował", że mama się zgodziła na opiekę Ewy. Miała przyjechać do Mielna możliwie jak najszybciej.
Następnego dnia po południu ubrali mnie bardzo ciepło, owinęli kocem i pan Irek zabrał mnie nad morze. Podjeżdżaliśmy powoli taką mini-promenadą, aż wreszcie znalazłem się nad samym morzem.
Widok był dla mnie niezwykły. Ogromne, bezkresne połacie szarej wody, nad którą rozpościerało się oślepiająco jasne niebo. Wiał silny, ostry i przejmująco zimny wiatr, powietrze zaś było wilgotne, pełne ozonu i bardzo orzeźwiające.
Z wrażenia zaparło mi dech w piersi i nie wiedziałem co mam powiedzieć. Ten widok był taki urzekający, że nie mogłem oderwać od niego wzroku. Dopiero po kilkunastu minutach, gdy już przemarzłem od tego wiatru, wróciłem do rzeczywistości i poszliśmy z powrotem do pokoju.
Do końca dnia nudziłem się okropnie. W telewizji nic ciekawego nie było, nikt mnie nie odwiedził (jedynie czasem pan Irek lub pani Ina wpadli zobaczyć czy czegoś nie potrzebuję) - na szczęście zabrałem ze sobą kilka książek i trochę sobie czytałem. Spać poszedłem wyjątkowo wcześnie.
Minęła noc. Wczesnym rankiem (około godz. 7) ktoś zapukał do mojego pokoju. Zaspanym głosem powiedziałem "Proszę", otwarły się drzwi i... ujrzałem w nich Ewę. Nareszcie! Jak zwykle wpadła w znakomitym nastroju (mimo zmęczenia całonocną jazdą pociągiem) i gdy usłyszałem jej radosną paplaninę, to do reszty już się obudziłem. Ewa zaczęła się rozpakowywać, również moje rzeczy rozpakowała do reszty i poleciała nad morze. Z powodu wiatru szybko wróciła do pokoju.
Około godz. 9 pan Irek przyszedł pomóc mi się ubrać. Przedstawiłem go Ewie, razem pomogli mi się ubrać i usiąść na wózek i pojechaliśmy na śniadanie. Stołówka była pełna, gdyż oprócz nas przebywały w Ośrodku matki z dziećmi mającymi porażenie mózgowe (ponieważ stosowana tu była terapia leczenia tej choroby u dzieci przy pomocy specjalnych skafandrów kosmicznych). Przy śniadaniu Ewa została poinformowana co należy do jej obowiązków, a po posiłku dostaliśmy karty pobytu, z którymi mieliśmy udać się do lekarza, aby po badaniach ocenił jakie możemy wykonywać ćwiczenia. Do obiadu czekaliśmy na te badania lekarskie.
Natomiast po obiedzie wyruszyliśmy z Ewą na zwiedzanie Mielna. Okazało się ono niezbyt wielką mieściną nastawioną głównie na zarabianie w sezonie turystycznym. W październiku tylko jeszcze nieliczne sklepy były otwarte. Sporo za to było otwartych różnych budek z frytkami i smażonymi rybami. Było także kilka stoisk z pamiątkami.
Ponieważ morskie powietrze bardzo zaostrzyło nam apetyty, więc mimo zjedzonego obiadu byliśmy nieco głodni. Akurat niedaleko naszego Ośrodka było maleńkie stoisko z frytkami i rybami, poszliśmy więc przekąsić małe "co nieco". Frytki były znakomite, smakowały nam zupełnie inaczej niż u nas w domu. Może sprawiło to morskie powietrze, może inna sól, ale naprawdę były wyśmienite. Odtąd prawie codziennie byliśmy gośćmi w tym stoisku.
Z Ewą właściwie nigdy się nie nudziłem. Była moją ulubioną przyjaciółką mieszkającą kilkaset metrów od mojego domu, przychodziła do mnie codziennie. Spędzaliśmy ze sobą mnóstwo czasu, słuchaliśmy muzyki, rozmawialiśmy, chodziliśmy na wspólne spacery, ja uczyłem Ewę obsługi komputera, a teraz miałem ją dla siebie 24 godziny na dobę. Po raz pierwszy od rozstania z Agnieszką poczułem się naprawdę szczęśliwy.
Ewa miała zawsze mnóstwo energii i dobrego humoru, była uśmiechnięta i wesoła, i jej radość powoli zaczęła się mnie udzielać. Zapomniałem o swoich zmartwieniach, o pustce w moim życiu, a moje oczy znów zaczęły nabierać blasku. Czy to podczas wspólnych spacerów nad morzem, czy podczas posiłków, wypadów na miasto czy też wczasowych dyskotek - zawsze byliśmy uśmiechnięci i weseli, radość wprost z nas promieniowała.
Żarty tak nas się wciąż trzymały, że zaczęliśmy się nawet przedstawiać jako małżeństwo (gdyż nosiliśmy "obrączki przyjaźni"). I tak pasowaliśmy do siebie, że wszyscy nam wierzyli.
Cały ten turnus był niezwykły. Gdy na pierwszym spotkaniu naszej grupy spostrzegłem, że właściwie to jestem najmłodszy ze wszystkich osób, przyszła mi do głowy myśl, że trafiłem na jakiś turnus emerytów i przez te dwa tygodnie umrę z nudów (Ewa wtedy jeszcze nie dojechała do mnie).
Jednak czas pokazał, jak bardzo się myliłem. Chociaż wszyscy byli już w wieku "średnim", to zachowywali się jak młodzież. Nie było żadnego postękiwania, narzekań i jęków, każdy był zadowolony i uśmiechnięty, a na dyskotekach szaleli na parkiecie jak dwudziestolatkowie. Chociaż jako najmłodszy z nich powinienem mieć najwięcej energii, to po przetańczeniu trzech kawałków z dwoma "panienkami" (jednocześnie!) nie miałem już kompletnie sił.
Również Ewa czasami nie mogła sprostać swoim tancerzom i prosiła wtedy mnie do tańca (nauczyła się ze mną tańczyć), aby trochę odetchnąć.
Pewnego dnia miała być wycieczka do Kołobrzegu. Ponieważ nie miałem ochoty męczyć się w autokarze, Ewa również nie chciała jechać, więc poszliśmy sobie na spacer po Mielnie. Ku naszemu zaskoczeniu sto metrów od brzegu morza znajdowało się jezioro. Usiedliśmy sobie nad tym jeziorem na ławce, przed nami rozpościerał się las masztów przeróżnych żaglówek i łodzi, nad wodą latały wszędobylskie mewy, słońce zaczęło mocniej przygrzewać, a my przytuleni do siebie słuchaliśmy szumu fal i opalaliśmy buzie. Czas płynął nam tak szybko, że ani się spostrzegliśmy, a już trzeba było wracać do Ośrodka na obiad. Z żalem wracaliśmy, lecz gdy zobaczyliśmy "wygotowanych" w autokarze wczasowiczów, uśmiechnęliśmy się do siebie znacząco - oto jakiego losu udało nam się uniknąć, a w zamian za to spędziliśmy cudowne chwile nad jeziorem.
Nadszedł jednak czas powrotu do domu. Z lekkim smutkiem wyjeżdżaliśmy z Mielna - było tu tak wspaniale, że nie miałem wcale ochoty wracać. Zaprzyjaźniłem się ze wszystkimi wczasowiczami, przyzwyczaiłem się do morskiego klimatu, pokochałem Bałtyk, a teraz miałem to wszystko opuścić. Ale przyrzekłem sobie, że postaram się tu jak najczęściej wracać.
Po powrocie czekała na mnie niespodzianka - mój pokój został gruntownie wyremontowany i odnowiony. Przez te dwa tygodnie mojej nieobecności mama samodzielnie założyła kasetony i położyła tapetę i teraz pokój wyglądał prześlicznie. Z wielką energią nabytą na wczasach powróciłem do przepisywania książek...

W połowie listopada przeżyłem kolejne nieszczęście. W wyniku zapalenia płuc zmarła moja babcia, która mieszkała razem z nami. Również i jej śmierć bardzo przeżyłem.
Odkąd sięgam pamięcią - babcia zawsze była z nami. Gdy byłem mały, opiekowała się mną pod nieobecność rodziców, broniła mnie, gdy miałem dostać lanie. Gdy już poruszałem się na wózku, to babcia wciąż przychodziła dotrzymywać mi towarzystwa i dzięki niej nie czułem się taki samotny w domu. A teraz odeszła od nas i zostałem z mamą sam.
Lecz ta samotność nie trwała długo. Z pobliskiej Mosiny do mieszkania po babci przeprowadził się mój brat z żoną i dziećmi. Ponieważ po śmierci ojca cały ciężar prowadzenia hodowli pieczarek (które ojciec uprawiał) spoczął na mamie, więc mama nie mogąc jednocześnie opiekować się mną i uprawiać grzybów, hodowlę pieczarek oddała mojemu bratu.
Z początku cieszyłem się bardzo z przeprowadzki brata, ale jeszcze niejednokrotnie miałem zatęsknić za ciszą i spokojem, jakie panowały, gdy mieszkaliśmy tylko z babcią...

W marcu 1998 roku znów "uciekłem" z domu. Tym razem wyjechałem do Śremu do mieszczącej się tam Kliniki Reumatologicznej. Przez dwa tygodnie miałem tam przebywać w charakterze kuracjusza.
Na miejsce zostałem zawieziony karetką. Moi sąsiedzi byli zaskoczeni, że zabiera mnie pogotowie, dopiero mama im wyjaśniła, że wyjeżdżam tylko na "wczasy". Podróż minęła dość szybko (w końcu to było tylko 17 km). Zajechaliśmy pod mój nowy dom, a na powitanie ujrzałem czekające na mnie dwie śliczne pielęgniarki - siostrę Anię i siostrę Jolę.
Wioząc mnie do pokoju rozpytywały o moje zainteresowania, o pracę, o moje codzienne życie... Gdy już dojechaliśmy na miejsce, okazało się, że mój pokój jest całkiem obszerny, gdyż mogło w nim przebywać siedem osób. Chwilowo był zupełnie pusty, ale siostry wyjaśniły mi, że moi współlokatorzy są obecnie na rehabilitacji.
Mama przyniosła moje rzeczy, rozpakowała je do szafy i umówiwszy się ze mną za kilka dni pojechała do domu. Zostałem sam w pokoju, lecz nie na długo. Powoli zaczęli się schodzić moi "towarzysze niedoli". Nie było tam nikogo w moim wieku, wszyscy byli dużo starsi ode mnie. Z początku patrzyli na mnie trochę dziwnym wzrokiem, ale później się zapoznaliśmy ze sobą, a z niektórymi nawet zaprzyjaźniłem. Na przykład taki pan Bogdan...
Był on niezwykłym człowiekiem. Miał problemy z kręgosłupem oraz przepuklinę, jednak patrząc na niego odnosiło się wrażenie, że jest zdrowy. Nigdy się nie skarżył, zawsze chodził uśmiechnięty i chętny innym do pomocy. Wielokrotnie gdy miałem ochotę na herbatę, on jakby czytając w moich myślach już ją szykował. Wyręczając pielęgniarki zawoził mnie na rehabilitację lub telewizję, robił zakupy w pobliskim sklepiku - po prostu złoty człowiek. I mimo swojej choroby wciąż w doskonałym humorze.
Ponieważ rehabilitację miałem od godz. 10.30, więc ranek miałem wolny. Spędzałem go przeważnie na oglądaniu telewizji. Siedziałem sobie właśnie i oglądałem "Wiadomości", gdy ktoś zaszedł mnie od tyłu i zasłonił mi rękoma oczy.

- Zgadnij kto to? - usłyszałem cichy szept do ucha.

Zacząłem się zastanawiać i wymieniać imiona, ale żadne nie było tym właściwym. Dłonie były takie drobne i delikatne, ta tajemnicza istota pachniała tak słodko, lecz nie mogąc zgadnąć jej imienia wreszcie się poddałem. Dłonie odsłoniły mi oczy, "ona" przeszła do przodu i ujrzałem... Kasię. Poczułem się jakby słońce świeciło tego dnia wyłącznie dla mnie.
Okazało się, że Kasia dzwoniła do mnie, dowiedziała się od mojej mamy, że jestem w Śremie i postanowiła zrobić mi niespodziankę. Usiadła przy mnie na fotelu, opowiadała co u niej słychać, a ja nie mogłem od niej oderwać wzroku (tak ślicznie wyglądała). Czas nam mijał w okamgnieniu i wkrótce Kasia musiała już iść na autobus, a ja na rehabilitację. Zawiozła mnie na "salę tortur", pożegnała się i poszła.
Po dwóch tygodniach spędzonych w Klinice trzeba było wracać do domu. Chętnie bym tam jeszcze spędził trochę czasu, ale zbliżała się Wielkanoc i Klinika była na okres świąt zamknięta. Żegnając się z pielęgniarkami nie kryłem swego wzruszenia, również one żegnały mnie bardzo ciepło.
Ten pobyt w Śremie bardzo odbudował moje nadwątlone siły psychofizyczne i mogłem z nowym zapałem wrócić do pracy nad przepisywaniem kolejnej książki.

W maju dowiedziałem się, że Ewa wyprowadza się z Żabna do Poznania, ponieważ znalazła tam pracę. Wiadomość tę przyjąłem ze smutkiem, gdyż wiedziałem doskonale, że w moim domu nigdy już nie będzie tak wesoło, jak to było za sprawą Ewy. Już nigdy nie miało być tak gwarno i radośnie, miały skończyć się przeróżne desery i ciasta, którymi karmiła nas moja mama, miałem stracić powiernika wszystkich moich tajemnic.
Razem ze swoimi rzeczami Ewa zabierała do Poznania cząstkę naszego wspólnego życia i zdałem sobie sprawę, że te wspaniałe czasy już nigdy nie powrócą...

Latem z powodu upałów oraz intensywnej pracy więcej czasu spędzałem w domu niż na dworze. Nigdy nie lubiłem zbyt wysokich temperatur, gdyż bardzo mnie męczyły. Na spacery wychodziłem z rzadka i to tylko wieczorami.
Dopiero we wrześniu dokonała się kolejna zmiana w moim życiu - "Start" zaproponował mi kolejny wyjazd na wczasy, ku mojej radości pobyt miał znów być nad morzem (w Międzywodziu). Tym razem jako moja opiekunka jechała ze mną mama.

Gdy w Poznaniu dotarłem na miejsce zbiórki, okazało się, że większa część turnusu to byli moi znajomi z ubiegłorocznych wczasów w Mielnie. Przyjemnie było zobaczyć po roku te same twarze, usłyszeć co się zmieniło przez ten czas oraz mieć świadomość, że przez dwa tygodnie znowu wszyscy będą się znakomicie bawić. Również kierownictwo się nie zmieniło - nadal dowodził wszystkim pan Irek, a jego prawą ręką była pani Ina.
Pogoda znów była "łzawa", jakby Poznań opłakiwał nasz wyjazd, ale w połowie drogi deszcz powoli przestał padać, a zza chmur nieśmiało wyjrzało słońce. Chociaż podróż jak zwykle była dla mnie trochę męcząca, to cieszyłem się na myśl, że znów ujrzę mój ukochany Bałtyk.
Po sześciu godzinach jazdy dojechaliśmy na miejsce. Międzywodzie okazało się małą, uroczą mieściną, położoną nad samym morzem. Ośrodek okazał się znakomicie urządzony, pokoje wręcz luksusowe (m.in. kolorowy telewizor i 14 kanałów telewizji kablowej), jedzenie na stołówce było wyśmienite, opieka lekarska doskonała, morze pod samym nosem - czego tu można więcej wymagać od życia?
Poznałem na turnusie kolegę - Jarka, z którym często chodziłem na spacery po Międzywodziu. Zachciało nam się kiedyś spaceru nad samym morzem. Ponieważ właśnie trwał odpływ, piasek był bardzo wygładzony przez fale, więc wędrowaliśmy sobie samym brzegiem plaży. Przed nami rozciągał się długi pas gładkiego brzegu, który chcieliśmy pokonać z rozpędu. Byliśmy w połowie drogi, gdy... nagle piasek zrobił się bardzo grząski i wózek zaczął się w nim zapadać. Z początku ugrzązł dość słabo, ale z każdą chwilą pogrążał się coraz głębiej. Jarek próbował mnie wyciągać, ale jego heroiczne wysiłki sprawiały tylko tyle, że zapadałem się coraz bardziej.
Na szczęście podnóżki przy wózku oparły się na piasku i przestałem się dalej zapadać. Jednakże wózek tkwił już do połowy zatopiony w piasku, a Jarek nie potrafił mnie wyciągnąć. Przyglądało nam się dwoje wczasowiczów, którzy obserwowali bezskuteczne wysiłki Jarka, a widząc, że nie może on dać sobie rady z wózkiem pośpieszyli nam na pomoc. Dopiero wspólnymi siłami wszyscy trzej wyciągnęli mnie na suchy brzeg. Uczynili to w samą porę, gdyż powoli zaczynał się przypływ i wody coraz bardziej przybywało.
Przekonałem się wtedy, że morze, chociaż takie piękne, potrafi być również niebezpieczne, nawet dla spacerujących po plaży.

Któregoś słonecznego dnia siedziałem przed Ośrodkiem na trawniku z panem Irkiem i panią Iną i opalając się rozmawialiśmy o życiu osób niepełnosprawnych. Opowiadałem im o mojej pracy na komputerze oraz literackim sposobie wyrażania swoich myśli. Panu Irkowi przyszła wtedy do głowy świetna myśl:

- A może napisałbyś do gazety reportaż o naszym pobycie w Międzywodziu?

Spodobał mi się ten pomysł i odtąd wszystkimi zmysłami chłonąłem życie turnusu, aby móc odpowiednio przelać swe wrażenia na papier. Lecz ta "reporterska obserwacja" nie zajmowała mi całego wolnego czasu. Większość dnia spędzałem nad moim ukochanym morzem. Mogłem godzinami przesiadywać na plaży wpatrując się w bezkresne wody, delikatny szum fal uspokajał moje nerwy i ładował nową energią, a cudownie świeże powietrze odbudowywało moje nadwątlone siły.
Na swoje 25 urodziny zaprosiłem mamę do przydrożnej kawiarenki na urodzinowego szaszłyka i kawę. Pogoda tego dnia była wspaniała, muzyka delikatnie sączyła się z głośników, jedzenie było doskonałe - czułem się tam tak dobrze, jak jeszcze nigdy w życiu. To były najwspanialsze urodziny, jakie kiedykolwiek obchodziłem.

Po powrocie do domu z zapałem zabrałem się za pisanie owego reportażu o Międzywodziu. W ciągu trzech dni przelałem całe swoje literackie natchnienie na papier, uznałem ten artykuł za całkiem udany i postanowiłem wysłać go do poznańskiej gazety dla osób niepełnosprawnych "Filantrop Naszych Czasów". Artykuł ukazał się w jednym z jesiennych numerów "Filantropa".
Jednocześnie dowiedziałem się, że... reporterka lokalnego tygodnika chce przeprowadzić ze mną wywiad. Próbowała się ze mną skontaktować wcześniej, ale byłem jeszcze nad morzem. Ponieważ nie miałem nic przeciwko temu, zgodziłem się na spotkanie.
Kilka dni po moim przyjeździe z Międzywodzia siedziałem przed komputerem i myślałem nad moim reportażem, gdy przez okno zobaczyłem dziewczynę z notesem w ręce idącą w stronę mojego domu. Usłyszałem dzwonek u drzwi, mama zeszła na dół, a po chwili otwierając drzwi od mojego pokoju powiedziała:

- Masz gościa.

Gdy dziewczyna weszła, poczułem się jakby piorun we mnie uderzył.

- Witaj Tomku. Jestem Izabela, umówiliśmy się na przeprowadzenie wywiadu.

Dopiero po chwili odpowiedziałem na jej powitanie, ale wciąż myślałem, że śnię. Izabela była tak łudząco podobna do mojej ukochanej Agnieszki, że nie mogłem uwierzyć własnym oczom.
Na początku byłem bardzo spięty, nie bardzo wiedziałem co mam powiedzieć, ale Izabela potrafiła rozładować tę nieco sztywną atmosferę i po chwili rozmawialiśmy jak starzy znajomi. Mama przyniosła nam herbatę, zostawiła nas samych, a ja zacząłem snuć swoją opowieść:

- Moje smutne życie rozpoczęło się 25 lat temu...

Mówiłem, a Izabela słuchała mnie z uwagą, od czasu do czasu zadawała mi jakieś dodatkowe pytanie i przez cały czas pisała w swoim notesie.
Opowiadałem o moim życiu, o problemach osób niepełnosprawnych związanych z bezsensowną biurokracją w urzędach oraz brakiem tolerancji w społeczeństwie. Otwarłem się przed nią całkowicie i opowiedziałem jej o Agnieszce i o tym, że Izabela bardzo jest do niej podobna.

- A gdybyś miał do wyboru zdrowie i miłość, to co byś wybrał? - zapytała mnie nagle.
- Nie wahałbym się ani chwili. - odparłem zdecydowanie - i moim wyborem byłaby miłość. Przez całe moje życie byłem samotny. Nigdy żadna dziewczyna nawet nie pomyślała o tym, że ja też potrzebuję miłości. Wiem, że moja choroba jest nieuleczalna, być może za kilka lub kilkanaście lat zwycięży w walce ze mną, ale właśnie moim największym marzeniem jest to, aby ktoś okazał mi choć odrobinę prawdziwej miłości. Nie litości, bo tego nie potrzebuję, ale właśnie trochę tego cudownego uczucia, bez którego życie ludzkie byłoby bezsensowne.

Zapadła chwila ciszy. Izabela zrobiła mi jeszcze kilka zdjęć przy komputerze i powoli zaczęła szykować się do wyjścia. Przy pożegnaniu powiedziała:

- Wierzę, że kiedyś znajdziesz wreszcie swoją wymarzoną miłość.

Obiecała mi, że ten reportaż o mnie ukaże się tydzień później. Słowa dotrzymała...

Wróć do spisu treści | Wróć do menu głównego