Rozdział 6 - Prywatna strona Tomasza Przybysza

Prywatna strona Tomasza Przybysza
Przejdź do treści

Menu główne:

Rozdział 6

Rozdział 6



Nadszedł wrzesień. Chciałem zaprosić Agnieszkę na swoje urodziny, ale okazało się, że nie może do mnie przyjechać, gdyż wyjeżdża do Finlandii do pracy, a potem na wycieczkę do Włoch. Również Monika nie mogła przyjechać na moje urodziny, więc spędziłem je samotnie.
Minął tydzień, gdy przyszła do mnie kartka z Finlandii od Agnieszki. Pisała, że bardzo tam fajnie, tylko pogoda trochę nie za bardzo. Po kolejnych kilku tygodniach otrzymałem następną kartkę, tym razem z Włoch. Dowiedziałem się z niej, że Agnieszka zwiedziła Rzym i Wenecję i że doskonale się bawi.
Te kartki były dla mnie jak jaskółki zwiastujące wiosnę i chwilowo ukoiły moją tęsknotę za nią. Dzięki nim wiedziałem, że nie zapomniała o mnie, dawały mi również złudne wrażenie jej obecności.
Po powrocie do Polski moja ukochana zaczęła studiować w Poznaniu na Akademii Ekonomicznej. Z początku bardzo się z tego ucieszyłem, gdyż Poznań był tylko 30 km od Żabna i myślałem, że będąc tak blisko Agnieszka wreszcie mnie odwiedzi. Tymczasem wydarzyło się coś, co diametralnie zmieniło moje życie.
Wielokrotnie rozmyślałem o Agnieszce i o mej miłości do niej, aż wreszcie nie mogąc znieść myśli o straconym szczęściu postanowiłem napisać do niej list, w którym opowiedziałem jej o najpiękniejszym uczuciu jakie istota ludzka może przeżyć - o tym, że kocham ją ponad wszystko.
Wysłałem do niej ten list i... nastąpiła cisza. Minął tydzień, potem drugi, miesiąc, a Agnieszka nie dawała znaku życia. Załamałem się wtedy kompletnie. Oto przez jeden list straciłem ukochaną mego życia. Wpadłem w koszmarną depresję, a przez głowę coraz częściej przechodziła mi myśl, że nie mam już dla kogo żyć i powinienem skończyć ze sobą.
Kto wie, gdyby nie moja korespondencyjna przyjaciółka Aneta, prawdopodobnie zrealizowałbym swój samobójczy zamiar. Lecz Aneta przekonała mnie, że życie jest zbyt drogocenną rzeczą, aby tracić je w tak głupi sposób i że wszystko jest jeszcze przede mną...

Na początku listopada wrócił ojciec z Niemiec przywożąc mi mój wymarzony komputer. Z początku nie za bardzo wiedziałem jak się nim posługiwać (gdyż w Konstancinie miałem zaledwie podstawy informatyki), na dodatek system operacyjny DOS w komputerze był w języku niemieckim. Wkrótce jednak kupiłem na giełdzie angielską wersję DOS-a, do tego polskie Windows 3.11 i zacząłem intensywną edukację. Przy pomocy specjalistycznej prasy komputerowej oraz programów telewizyjnych poświęconych informatyce moja wiedza dotycząca komputerów stale się powiększała, aż mogłem się uznać za małego eksperta komputerowego.
I nareszcie mogłem podjąć współpracę z panem Franciszkiem z Fundacji Pomocy Dzieciom Niepełnosprawnym. Pan Franciszek przywoził mi do domu różne książki i rękopisy, które ja przepisywałem na komputerze, zapisywałem na dyskietkach, a następnie czekałem na kolejne książki. Dzięki temu zajęciu nie miałem za bardzo czasu rozpamiętywać mojej miłości i powoli moja boląca psychika zaczęła powracać do normy.

W połowie maja 1996 roku pojawiła się w Żabnie nowa osoba. Była to Kasia - kuzynka jednej z moich sąsiadek. Podjęła pracę w restauracji jako kelnerka, pracowała również w sklepie. Dowiedziałem się o niej dopiero po kilku dniach i postanowiłem obejrzeć sobie to "cudo".
Poszedłem sobie na spacer, a wracając zahaczyłem o sklep, aby się napić coli. Podjechałem do znajomych siedzących na ławkach i zaczęliśmy rozmawiać. Kasi nigdzie nie było widać.
Nagle z restauracji wyszła pewna dziewczyna. Była taka śliczna, że... nie mogłem od niej oderwać wzroku. Brunetka o długich, lekko kręconych włosach spadających jej na ramiona, szczupła i niewiarygodnie zgrabna - oto w moim życiu pojawił się kolejny anioł. Kasia wyczuła, że na nią patrzę i uśmiechnęła się do mnie. Poczułem się wtedy tak, jakby moją twarz ogrzewał delikatny promyk słońca.
Przychodziłem odtąd do Kasi codziennie i bardzo szybko się zaprzyjaźniliśmy. Przesiadywałem popołudniami w restauracji lub pod sklepem, a gdy Kasia kończyła pracę, to wybieraliśmy się na wspólne spacery. Traktowałem ją jak mojego psychologa, zwierzałem się jej z moich problemów (także tych dotyczących miłości), opowiadaliśmy sobie o swoim życiu, słuchaliśmy muzyki, dowcipkowaliśmy - jednym słowem bawiliśmy się znakomicie w swoim towarzystwie.
Aż przyszedł taki dzień, gdy... zakochałem się w Kasi. To wyszło tak jakoś "samo z siebie". Po stracie Agnieszki byłem jeszcze załamany i nieufny w stosunku do płci pięknej, ale Kasia potrafiła swoim urokiem przełamać moją nieufność, a przy jej pozytywnym nastawieniu do życia moje depresje zniknęły bez śladu. Wkładała w naszą przyjaźń serce i duszę, ja również odpowiadałem jej tym samym (chociaż w moim przypadku przeważało "serce").
Będąc jednak świadomy tego, że nie przeżyłbym straty kolejnej ukochanej, nigdy nie opowiedziałem Kasi o moim uczuciu. Nie chciałem, aby to wyznanie popsuło stosunki między nami, wolałem zdusić tę miłość w sobie.
Po kilku tygodniach tej sielanki Kasia miała się wyprowadzić z Żabna. Na pożegnanie kupiłem jej srebrny łańcuszek z serduszkiem. Chciałem, aby to serduszko w jakiś sposób przypominało jej faceta, który pewnego dnia wkroczył (a raczej wjechał na wózku) w jej życie. Przy pożegnaniu nie mogliśmy powstrzymać łez, które same cisnęły nam się do oczu, w końcu jednak znów moje życie wypełniło się pustką.
Kasia wyjechała, a ja straciłem jedną z najwspanialszych przyjaciółek. Na szczęście do dzisiaj utrzymujemy ze sobą kontakt telefoniczny i listowny, a ja choć przez chwilę mogę znów poczuć się tak szczęśliwy jak w tym pamiętnym maju.

Latem znów wyjechałem na kolonie pod patronatem FPDN. Tym razem los zaniósł mnie do Łobżenicy - miejscowości leżącej w połowie drogi między Piłą a Bydgoszczą, nieopodal Klasztornej Górki. Miałem chyba jakieś względy w niebie, gdyż pogoda znów była wspaniała. Chociaż jednak słońce grzało niesamowicie, to woda w jeziorze była już zbyt zimna, aby się w niej kąpać.
Do mojego nowego domu jechałem samochodem z panem Franciszkiem. Jechało nam się bardzo fajnie - opowiadaliśmy sobie kawały, słuchaliśmy z kaset "T-Raperów znad Wisły" i ani żeśmy się obejrzeli, jak zajechaliśmy na miejsce.
Tym razem jako opiekuna dostałem pewnego studenta imieniem Michał. Mieszkaliśmy w czteroosobowych domkach kempingowych, a Ośrodek tym razem był trochę bardziej dostosowany do wózków inwalidzkich. Wszędzie były betonowe chodniki i podjazdy, jedynym minusem był nienajlepszy stan tych chodników i po każdym przejeździe po nich miałem wrażenie, że poobrywałem sobie przynajmniej połowę narządów wewnętrznych.
Kolonia nie była zbyt duża, trzydziestoma kilkoma dzieciakami opiekowały się cztery dziewczyny. Ku mojej radości wśród kolonistów znalazło się kilku znajomych ze Skoków, w tym także mój współlokator i "młodszy braciszek" Tomek. Ja z Michałem byliśmy jednymi z najstarszych uczestników na tej kolonii (nie licząc kadry i personelu Ośrodka), więc byliśmy tam niejako "nieoficjalnie". Nie mieliśmy obowiązku uczestniczyć w życiu kolonijnym, mogliśmy robić co chcieliśmy. Jedynym obowiązkiem było meldowanie o każdym naszym opuszczeniu Ośrodka.
Chociaż Michał opiekował się mną jak tylko umiał, to jednak nie potrafiłem zapomnieć o tym, co przeżyłem rok wcześniej pod skrzydłami Agnieszki. Wiedziałem doskonale o tym, że Agnieszka była jedyna w swoim rodzaju i nikt nie jest w stanie jej dorównać.
Ale także z Michałem czułem się dobrze. W końcu mężczyźni potrafią się ze sobą dogadać. Codziennie chodziliśmy do pobliskiego miasteczka na spacery, robiliśmy masę kilometrów po okolicy, podrywaliśmy wspólnie dziewczyny - to były prawdziwe "męskie" wakacje i uznałem, że też będę je mile wspominał. Chociaż jedna rzecz przypominała mi o poprzedniej kolonii: moja "nieoficjalna" wychowawczyni miała na imię... Agnieszka.
W drodze powrotnej miałem również jechać razem z panem Franciszkiem. Ponieważ jednak chciałem zrobić rodzicom niespodziankę, więc pojechałem z innymi w autokarze. Chociaż nie siedziało mi się tak wygodnie jak w samochodzie, to chciałem do samego końca jechać z wszystkimi. Michał siedział przy mnie z jednej strony, z drugiej siedziała Agnieszka i pilnowali abym nie zleciał z siedzenia na ostrych zakrętach.
Do Poznania dojechaliśmy w miarę szybko. Rodzice już na mnie czekali, przenieśli mnie do naszego samochodu, zabrali bagaże i wózek i już mieliśmy odjeżdżać, gdy jeszcze w ostatniej chwili przyszły się ze mną pożegnać Sylwia i Ania - dwie z opiekunek kolonijnych.

Po wakacjach wróciłem wypoczęty do domu i swojej pracy na komputerze. Często nie mając z kim iść na spacer pisałem całymi dniami, klawiaturę znałem już na pamięć i chociaż nigdy nie mogłem nauczyć się metody bezwzrokowego pisania, to każdą książkę kończyłem coraz szybciej.
Na udoskonalaniu swojej wiedzy komputerowej oraz przepisywaniu książek czas mi jakoś leciał, gdy nagle zły los dał znać o sobie i gwałtownie zachwiał moją psychiką.
Była noc z 30 listopada na 1 grudnia 1996 roku. Siedziałem sam w domu, babcia mieszkająca z nami była u sąsiadki, a rodzice wyjechali do kuzyna. Przyjechali około godz. 23, ojciec poszedł do kuchni, a mama przyszła położyć mnie spać. Leżałem już w łóżku, gdy usłyszałem odjeżdżający samochód. Po chwili mama przyszła do mnie i zapytała:

- Nie widziałeś może ojca? Jego kurtki nie ma, zniknęły też kluczyki od samochodu.
- Przed chwilą słyszałem jak jakiś samochód odjeżdżał, może to był on - odpowiedziałem.

Mama wybiegła przed dom, ale było już za późno - samochodu rzeczywiście nie było przed domem. Poszła do siebie, a ja oglądałem telewizję i wkrótce usnąłem.
Była mniej więcej godzina pierwsza w nocy, gdy usłyszałem pukanie do drzwi wejściowych. Pomyślałem sobie, że pewnie ktoś "pod gazem" pomylił domy. Po chwili usłyszałem pukanie do mojego okna. Na pytanie: "Kto tam?!" nikt nie odpowiedział. "Jeśli jesteś taki nieuprzejmy, to pukaj sobie do rana" - przeleciało mi przez głowę, obróciłem się do ściany i próbowałem usnąć na nowo. Ale ten ktoś był uparty i pukał dalej do drzwi.
W końcu po jakichś pięciu minutach zadzwoniłem do mamy (mam przy łóżku specjalny dzwonek elektryczny zamontowany u mamy w pokoju i w razie czego mogę ją wezwać). Zeszła powoli na dół i otwarła frontowe drzwi. Weszli do góry, siedzieli tam dość długo, potem usłyszałem, że schodzą na dół. Mama odprowadziła "ktosia", zamknęła za nim drzwi i powoli przyszła do mnie. Otwarła drzwi od mojego pokoju i blada jak ściana opadła resztką sił na krzesło.

- Co się stało? Kto to był? - zapytałem niecierpliwie.

Mama próbowała coś odpowiedzieć, ale nie mogła wydobyć z siebie głosu. Po chwili rzekła:

- To była policja. Twój ojciec godzinę temu miał wypadek samochodowy i nie żyje.

Przez plecy przeszedł mi okropny dreszcz i zacząłem z nerwów trząść się jak osika. Po chwili uświadomiłem sobie usłyszaną wiadomość - ojciec zginął w wypadku.

- Jak to się stało? - zapytałem słabym głosem.
- Podobno jechał ze zbyt dużą prędkością, w lesie wyszło mu jakieś zwierzę przed samochód, bo są ślady gwałtownego hamowania, wpadł w poślizg i uderzył w drzewo. Kierownica wbiła mu się w pierś i zmarł po kilku minutach.
- Co my teraz zrobimy? - spojrzałem na mamę przez łzy.
- Musimy być silni - odpowiedziała - i nie załamywać się. Życie toczy się dalej i nadal będziemy rodziną.

Poszła do siebie, a ja leżałem oswajając się z myślą, że straciłem jednego z rodziców. Nagle nerwy puściły mi całkowicie i rozpłakałem się. Płacz przeszedł później w szloch, aż wreszcie trochę się uspokoiłem. Lecz do samego rana nie mogłem już spać.
Mama pojechała zawiadomić mojego brata o śmierci ojca, natomiast do mnie przyszły koleżanki. Siedzieliśmy i rozmawialiśmy jak zwykle, choć czułem się jakby nieobecny duchem. Brat przywiózł mamę z powrotem, był równie mocno załamany jak my. Następnie mama pojechała załatwiać sprawy formalne związane z pogrzebem. Ja zostałem sam w domu i nie mogłem się jeszcze pozbierać psychicznie.
Przyjechał wujek zabrać babcię na święta do Konina. Rozmawiałem z nim normalnie, dopiero gdy zaczął zbierać się do wyjazdu zmusiłem się wręcz, aby powiedzieć mu o śmierci jego brata. On później zawiadomił resztę rodziny, jedynie babcia nic nie wiedziała o śmierci syna, gdyż jej serce mogłoby tego nie przetrzymać. Mieli ją na tę wiadomość powoli przygotowywać.
Pogrzeb odbył się sześć dni później. Przybyła na niego cała nasza rodzina, zarówno ze strony ojca, jak i ze strony mamy. Również liczne grono mieszkańców Żabna towarzyszyło mu w ostatniej drodze. Od samego rana czułem się jakbym żołądek miał zawiązany na supeł, a nerwy miałem napięte jak postronki. Weszliśmy do kościoła gdzie odbyła się msza pogrzebowa.
Na stypie usiadłem przy rodzinie mojej mamy, czułem że właśnie do nich należę. Było mnóstwo ludzi, którzy użalali się nade mną, tak jakbym bez ojca nie poradził sobie w dalszym życiu, składali nam kondolencje i w ogóle zachowywali się jakbyśmy byli niedorajdami niezdatnymi do samodzielnej egzystencji. Na szczęście pod wieczór wszyscy sobie pojechali i zostaliśmy z mamą sami. Nareszcie mogłem odpocząć po tym ciężkim dniu.
Kilka dni później na przekór memu przeklętemu losowi dostałem radosną niespodziankę. Była to kartka z życzeniami świątecznymi od... Agnieszki. Była ona dla mnie jak promień słońca na pochmurnym niebie i choć przez chwilę rozświetliła moje smutne życie. Na krawędzi załamania nerwowego napisałem do niej list, w którym prosiłem aby nie zostawiała mnie samego w tych trudnych chwilach. Odpowiedzi na mój list również i tym razem nie otrzymałem.
Powoli zacząłem się otrząsać z szoku wywołanego śmiercią ojca. Wróciłem do przepisywania książek przywożonych mi przez pana Franciszka i moja psychika zaczęła powracać do równowagi. Ponieważ jednak Fundacja przestała organizować wyjazdy na wczasy, więc podjąłem współpracę ze... Sportowym Stowarzyszeniem Inwalidów "Start" i przez następne dwa lata (1997-1998) właśnie z nimi wyjeżdżałem na wczasy.

Wróć do spisu treści | Wróć do menu głównego