Rozdział 5 - Prywatna strona Tomasza Przybysza

Prywatna strona Tomasza Przybysza
Przejdź do treści

Menu główne:

Rozdział 5

Rozdział 5



Na początku 1995 roku poznałem pana Franciszka, prezesa poznańskiej Fundacji Pomocy Dzieciom Niepełnosprawnym. Słysząc o moim zamiłowaniu do komputerów pan Franciszek zaczął mnie namawiać do kupna owego "cudu techniki", dzięki któremu mógłbym znaleźć sobie jakąś pracę. Niestety, stan finansowy mojego portfela był opłakany i tymczasowo nie było mnie stać na kupno komputera.
Pan Franciszek zaproponował mi również wyjazd na kolonie w lipcu. Miał to być dwutygodniowy pobyt w Skokach - miejscowości leżącej niedaleko Wągrowca, gdzie byłem trzy lata wcześniej pod opieką "Startu". Ponieważ od tamtej kolonii we Wągrowcu nie byłem nigdzie (gdyż pobytu w Konstancinie nie mogę żadną miarą zaliczać do wyjazdu wypoczynkowego), więc zgodziłem się bez wahania, tym bardziej że Ośrodek Opieki Społecznej zrefundował mi część kosztów wyjazdu.
Miały to być moje pierwsze kolonie na wózku. Trochę się obawiałem jak to będzie, ale byłem dobrej myśli i jechałem w doskonałym humorze.
Ponieważ choroba usztywniła mnie w pozycji półleżącej, więc nie mogłem jechać z innymi dziećmi autokarem. Zostałem na miejsce zawieziony samochodem przez rodziców. Nie spieszyliśmy się wcale z jazdą, po drodze zatrzymaliśmy się na przydrożnym parkingu na obiad, przyjechaliśmy zatem do Skoków z małym opóźnieniem. Wszyscy byli już na obiedzie, a ponieważ ja jadłem wcześniej, więc nie byłem głodny i miałem czas aby rozejrzeć się po swoim nowym "domu".
Ośrodek był przestronny, położony w przepięknej okolicy nad jeziorem, a co najważniejsze - był przystosowany (choć w niezbyt dużym stopniu) do osób poruszających się na wózkach inwalidzkich. Zrobił na mnie bardzo pozytywne wrażenie i czułem że będę się tu dobrze bawił.
Po obiedzie wszyscy zostali rozlokowani w pokojach. Otrzymałem pokój czteroosobowy, który dzieliłem razem z trzema innymi chłopakami. Na początku panowało w pokoju milczenie, lecz wkrótce lody zostały przełamane i szybko nawiązaliśmy znajomość.
Po kilkunastu minutach przyszedł jeden z wychowawców i powiedział, że wszyscy koloniści mają się zgromadzić w stołówce na apelu. Mnie zawiózł jeden z współlokatorów - mój imiennik Tomek (którego traktowałem jak młodszego brata). Gdy już cała kolonia zebrała się w stołówce, powiodłem po nich wzrokiem i pomyślałem sobie:
"Chyba nie będzie tu tak źle. Towarzystwo urozmaicone wiekowo, okolica ładna, jezioro pod nosem, zatem na nudę raczej nie będziemy narzekać."
Chwilę później mój wzrok padł na grupę wychowawczyń. Z grupy tej wyróżniała się pewna dziewczyna. Gdy ją zobaczyłem, to dosłownie aż mi dech zaparło, taka była prześliczna. Jeszcze nigdy nie spotkałem tak cudownej istoty (piszę "istoty", bo wydawała mi się taka nierealna jak anioł - i jak anioł nieziemsko piękna). Przypominała świeżo rozwinięty kwiat róży pachnący czystą miłością. Zamknąłem na chwilę oczy i wiedziałem, że tego widoku nie zapomnę do końca życia.
Była drobną, niską panienką o włosach spadających na ramiona (koloru świeżo wyłuskanych kasztanów). Miała niesamowicie zgrabną figurę, miękkie rysy twarzy, bardzo delikatne dłonie oraz intensywnie zielone oczy (z których promieniowała życzliwość i dobroć). Jeszcze nigdy nie widziałem tak niewiarygodnie ślicznej osoby, przez chwilę przeszła mi przez głowę myśl, że oto anioł zstąpił z nieba, aby zaopiekować się śmiertelnikami.
Zaczął się podział kolonistów na grupy. Ja wciąż nie mogłem oderwać wzroku od tego prześlicznego anioła, przez głowę przeszła mi myśl, aby poprosić ją by zaopiekowała się moją grupą, lecz z powodu mojej wrodzonej nieśmiałości nie byłem w stanie wykrztusić przy niej ani słowa. Zacisnąłem tylko kciuki i intensywnie prosiłem Boga o spełnienie mojego marzenia. I oto stał się cud! Widocznie tego dnia w niebie był "Dzień Dobroci dla Niepełnosprawnych" i moja prośba została spełniona. Jako jeden z ostatnich kolonistów zostałem przydzielony pod opiekuńcze skrzydła mojego wymarzonego anioła.
Wszyscy wracali do swoich pokojów, mnie także koledzy zabrali z powrotem. Byliśmy już w pokoju, gdy ktoś zapukał do drzwi. Po chwili weszła nasza opiekunka. Z bliska wydawała mi się jeszcze piękniejsza i znów poczułem, że serce mi galopuje w piersi.
Popatrzyła na mnie swoimi prześlicznymi oczami i powiedziała:

- Mam na imię Agnieszka i przez najbliższe dwa tygodnie będę zastępowała Ci mamę.
- "Oddałbym pół życia, aby te dwa tygodnie nigdy się nie skończyły" - przez głowę przeleciała mi myśl.

Agnieszka zabrała się do rozpakowywania moich rzeczy, a zapytawszy mnie jak ma się mną opiekować usłyszała w odpowiedzi:

- Jest bardzo niewiele rzeczy, które mogę wykonywać sam, właściwie to mogę tylko umyć się i najeść samodzielnie, więc proszę mnie traktować jak dużą lalkę. - powiedziałem te słowa z uśmiechem.

Odwzajemniwszy mój uśmiech Agnieszka do reszty rozpakowała moją torbę i poszła do swojego pokoju. Zostałem sam z książką w ręce, marzeniami i odrobiną radości w moim serduszku...

Pierwsze dni pobytu na kolonii upłynęły mi jak we śnie. Gdyby ktoś mnie uważnie wtedy obserwował, to zauważyłby, że z moich oczu powoli znika cierpienie, a zaczyna z nich promieniować szczęście.
Agnieszka zadbała o mnie tak doskonale, iż wydawało mi się że trafiłem do raju. Już następnego dnia po przyjeździe przyszła do mnie rano i zapytała o szczoteczkę do zębów. Gdy odpowiedziałem, że "zapomniałem", kupiła mi ją w kiosku razem z miętowym płynem do płukania zębów. Ponieważ ja nie mogłem unieść rąk do twarzy (myłem się specjalnie przystosowaną gąbką), więc usiadła mi na wózku i powiedziała:

- Teraz otwórz usta jak możesz najszerzej i zabieramy się za Twoje zęby. Tylko nie łykaj za dużo pasty, bo nie będziesz mi później jadł obiadu.

Z roześmianymi oczami zaczęła mi szorować zęby, a ponieważ miałem lekko przekrwione dziąsła, więc szczoteczka po chwili zrobiła się różowa. Gdy już uznała, że wystarczy tego dobrego - wypłukałem resztki pasty wodą, a następnie otrzymałem płyn do przepłukania zębów. Wziąłem łyk i... świeczki stanęły mi w oczach. Płyn był tak ostry, że nie mogłem złapać oddechu. Dopiero po przeczytaniu ulotki informacyjnej dowiedzieliśmy się, że ten płyn należy rozcieńczać wodą.
Miałem również robione codziennie ziołowe maseczki, które miały poprawić nienajlepszy stan mojej cery. Agnieszka robiła mi te maseczki na zmianę z pielęgniarką Moniką. Zamykałem zawsze oczy i po dotyku próbowałem odgadnąć która z nich bawi się w kosmetyczkę. Nigdy jednak nie miałem żadnych trudności z rozróżnieniem dłoni Moniki od Agnieszki, gdyż ich zabiegi kosmetyczne różniły się diametralnie. Monika bardzo delikatnie wklepywała maseczkę w moją twarz, lecz robiła to dość szybko. Natomiast Agnieszka nigdy się nie spieszyła, jej delikatne dłonie muskały moją twarz jak skrzydła motyla i po każdej jej maseczce czułem się cudownie.
Pewnego razu kierownik kolonii, pan Marek, przyszedł do mojego pokoju podczas jednego z takich zabiegów kosmetycznych, a widząc jak Monika oklepuje mi twarz zapytał:

- Jak Ty możesz, Tomku, tak dawać bić się kobietom?

Na co mu odpowiedziałem:

- Wie Pan jak to jest, najpierw pobije, a potem przytuli...

Kiedyś zdarzyło mi się troszkę przysnąć na balkonie na słońcu. Obudziła mnie Agnieszka, wzięła do pokoju i bez słowa pokazała mi lusterko. Spoglądała na mnie twarz czerwona jak burak, na szczęście jeszcze bez bąbli.
Monika przyniosła jakąś piankę przeciwko oparzeniom słonecznym i zaraz rozsmarowała ją na poparzone miejsca. Mimo to przez cały dzień nie czułem się najlepiej, a wieczorem dostałem sporej gorączki. Ponieważ poparzona twarz bardzo mnie bolała, nie mogłem spać, więc Agnieszka robiła mi kompresy z mokrej gazy. Przynosiły mi one ulgę, chociaż byłem tak rozpalony, że kompres położony na mojej twarzy po trzech minutach był już całkowicie suchy. Agnieszka siedziała przy mnie do późnej nocy, dopiero gdy twarz już mnie tak bardzo nie paliła i zasnąłem, ona także poszła położyć się spać.

Agnieszka w opiekę nade mną włożyła całe swoje serce i żadne słowa nie opiszą szczęścia promieniującego ze mnie. Każde dotknięcie jej delikatnych dłoni przeszywało mnie dreszczem, każdy jej uśmiech był jak promyk słońca na niebie, a jej oczy zawsze błyszczały nieziemskim blaskiem. Za każdym razem gdy Agnieszka przychodziła do mnie, z mojej twarzy nie schodził uśmiech, wpatrywałem się w jej zielone oczy i w moim serduszku powoli rodziło się uczucie, którego nigdy jeszcze nie zaznałem. Po raz pierwszy poczułem delikatny smak miłości.
Zresztą tylko człowiek o kamiennym sercu nie pokochałby tak ślicznej istoty. Ja nie miałem serca z kamienia, więc zakochałem się w niej po uszy. Te chwile spędzone wspólnie były najszczęśliwszymi chwilami w moim dotychczasowym życiu.
Jednakże z powodu swej ogromnej nieśmiałości nigdy nie zdobyłem się na wyznanie Agnieszce tego, co się we mnie narodziło. Zdawałem sobie sprawę z tego, że nie mam prawa pokochać takiego anioła. Ja - zwykły, powoli zamieniający się w roślinę (gdyż moja choroba coraz bardziej mnie paraliżowała), szary człowieczek miałbym unieszczęśliwić taką cudowną istotę jak Agnieszka próbując związać się z nią? Przenigdy! Nie mogłem od niej wymagać aż takiego poświęcenia. To już wolałbym do końca mego życia pozostać sam.
Milczałem również dlatego, że między nami nawiązała się nić przyjaźni, która była dla mnie taką namiastką miłości. Agnieszka była o rok młodsza ode mnie (ja miałem 22 lata, a ona 21), lecz nie traktowała mnie tylko jak swego podopiecznego, ale raczej jak przyjaciela. Ja opowiadałem jej o życiu na wsi, o moim smutnym dzieciństwie, zwierzałem jej się ze swoich radości i problemów. Natomiast Agnieszka mówiła mi o życiu miejskim, o planach związanych ze studiami, o swojej rodzinie...
Bawiliśmy się znakomicie w swoim towarzystwie i chociaż Agnieszka miała pod swoją opieką jeszcze kilkoro dzieci, to najwięcej czasu spędzała właśnie ze mną (chociaż opieka nade mną nie była aż tak bardzo absorbująca).
Odkąd zacząłem poruszać się na wózku, nie miałem jeszcze okazji skorzystać z kąpieli w jeziorze, dopiero na tej kolonii mogłem sobie popływać. Gdy po raz pierwszy zostałem wprowadzony do wody, to przez moment aż zadygotałem z zimna (rozgrzana na słońcu skóra gwałtownie ochłodziła się w wodzie). Wprowadzali mnie na coraz głębszą wodę, aż nagle Monika zawołała:

- Tomeczku, Twój zegarek!

Rzeczywiście, na ręce miałem zegarek, o którym całkowicie zapomniałem. Ale po chwili odpowiedziałem jej z wrodzonym poczuciem humoru:

- Podobno jest wodoszczelny, tak przynajmniej powiedział mi zegarmistrz, więc mam teraz okazję to sprawdzić.

Gdy już woda sięgała mi do pasa, położyłem się na wznak, a Agnieszka zaczęła mnie holować coraz dalej od brzegu. Jeszcze trochę dygotałem z zimna, ale powoli moja skóra przyzwyczaiła się do temperatury wody i już wszystko było w porządku. Zatrzymaliśmy się kiedy woda sięgała mi prawie po szyję, stanąłem na nogi, Agnieszka odsunęła się ode mnie i nakazała abym ją gonił.
Zrobiłem pierwszy samodzielny krok, potem drugi i trzeci i... nagle powietrze przeszył mój triumfalny okrzyk:

- Hura!!! Mogę chodzić!

Woda sprawiła, że moje ciało stało się lekkie, odciążyła moje nogi i z łatwością utrzymując równowagę ruszyłem na "spacer" pod czujnym okiem Agnieszki. Wychowawczynie patrzyły na mnie ze zdumieniem, natomiast pan Marek zawołał:

- Tomku, jeśli tak ładnie chodzisz to może wyskoczymy wieczorem na piwo?
- Bardzo chętnie - odrzekłem - tylko nie wiem czy moja "mamusia" mnie puści!
- To "mamusię" zabierzemy ze sobą! - pan Marek był jak zwykle niemożliwy.

Te "spacery" oraz zabawa w wodzie z Agnieszką stały się odtąd formą mojej rehabilitacji i jeśli tylko pogoda dopisywała, to pluskaliśmy się w jeziorze.

Pewnego dnia gdy cała moja grupa była na ćwiczeniach (ja z racji stanu swego zdrowia byłem z rehabilitacji zwolniony) przyszła do mnie Agnieszka. Była trochę zmęczona po nieprzespanej nocy i nie miała zbytnio ochoty na pogawędkę. Ponieważ ja akurat czytałem książkę, więc zaproponowałem, że trochę poczytam jej na głos. Agnieszka się zgodziła, położyła się na moim łóżku i zaczęła słuchać mojej lektury. Po kilkunastu minutach jej oczy powoli się zamknęły, oddech zrobił się cichy i spokojny i mój anioł zapadł w sen. Mimo to nadal czytałem głośno. Nawet gdy chłopaki przyszli z ćwiczeń i wpadli do pokoju z hałasem, ja nie przerywając czytania pokazałem im "śpiącą królewnę" i nakazałem aby byli cicho. Po jakichś dwóch godzinach Agnieszka obudziła się i podziękowała mi za lekturę. Lekko zachrypniętym głosem odpowiedziałem, że "cała przyjemność po mojej stronie".
Innym razem wpadł mi do głowy niesamowity pomysł, aby... poprosić Agnieszkę o rękę. Razem z moim "młodszym braciszkiem" Tomkiem przystąpiliśmy do realizacji tego planu. Cichaczem zerwaliśmy kilka różyczek z klombu znajdującego się pod blokiem, Tomek zawiózł mnie pod stołówkę i poszedł po Agnieszkę. Próbowałem przygotować sobie jakiś tekst, ale gdy ujrzałem przed sobą mojego anioła, to serce podeszło mi do gardła, a myśli zaczęły wirować w mej głowie jak na karuzeli. Byłem taki spięty, że nie wiedziałem co mam powiedzieć. Zmobilizowałem się jednak i trzymając różyczki w dłoni spytałem cicho: "Agnieszko, czy mogę Cię prosić o rękę?", a serce ścisnęło mi się z bólu, bo wiedziałem, że nigdy nie wypowiem tych słów naprawdę. Agnieszka również nie wiedziała co powiedzieć (ponieważ cała ta sytuacja bardzo ją zaskoczyła) i dopiero po chwili odpowiedziała: "Tak". W tym momencie poczułem się najszczęśliwszym człowiekiem na świecie.
Na stołówce (gdyż zaraz szliśmy na obiad) wszyscy spoglądali na róże stojące na naszym stole i pytali Agnieszki skąd je wzięła. Natomiast ona niezmiennie odpowiadała, że otrzymała je ode mnie...

Przyszedł wreszcie czas na ostatnią dyskotekę na tej kolonii. Miała to być dyskoteka połączona z balem przebierańców. Ponieważ ja nie miałem żadnego pomysłu na kostium, więc za namową Agnieszki zdecydowałem się przebrać za Indianina (gdyż byłem wręcz "spalony" przez słońce, więc nie miałem zbyt wielu problemów z przebraniem). Agnieszka towarzyszyła mi w przebraniu rusałki i wyglądała w nim prześlicznie. Chociaż wszyscy byli weseli i roześmiani, przez cały czas dokuczała mi myśl, że oto po raz ostatni tańczę z Agnieszką. Mimo, iż bawiłem się znakomicie, to jednak w głębi duszy zrobiło mi się smutno.
Po dyskotece Agnieszka poszła zobaczyć czy dzieci z naszej grupy śpią, a ja zostałem jeszcze na dworze. Przez chwilę byłem sam i mogłem w ciszy i spokoju trochę porozmyślać. Później przyszła Agnieszka, usiadła przy mnie na ławce i rozmawialiśmy o swoich planach na przyszłość. Agnieszka miała zamiar studiować w Poznaniu, natomiast ja chciałem podjąć jakąś pracę, aby nie siedzieć bezczynnie w domu. Siedząc przed blokiem spoglądaliśmy na gwiazdy, cieszyłem się ostatnimi chwilami, gdy mogłem być sam na sam z Agnieszką. Ten czas spędzony wspólnie pod rozgwieżdżonym niebem miał w sobie jakąś magiczną moc i marzyłem o tym, aby ta noc nigdy się nie skończyła...

Lecz nic nie trwa wiecznie. Także i ta kolonia musiała się kiedyś skończyć. Przez ostatnią noc nie mogąc spać leżałem w łóżku i rozmyślałem ciągle o Agnieszce. Wciąż pragnąłem opowiedzieć jej o wszystkim, co się dzieje w moim serduszku, chciałem wyznać jej całą prawdę, lecz do głosu dochodził wtedy rozum, który mówił mi: "Nie masz prawa do unieszczęśliwiania innych swoim kosztem". A serce wtórowało rozumowi: "Nie sięgaj po najpiękniejszą gwiazdę na niebie, ponieważ przy Tobie ta gwiazda może stracić swój blask".
Nadszedł oto ostatni poranek, który mieliśmy spędzić razem na tej kolonii. Ponieważ Agnieszka spakowała mnie już wcześniej, więc miałem przed śniadaniem chwilę czasu, aby pożegnać się z piękną okolicą. Przyszedł mi również do głowy pewien pomysł. Postanowiłem za wspaniałą opiekę lekarską podziękować Monice... różyczkami z klombu (gdybyśmy tam byli jeszcze ze dwa tygodnie, to ten klomb byłby chyba bez kwiatów). Tomek znów je dla mnie zerwał i poszedł po Monikę. Przyszła po chwili lekko zarumieniona i... zaskoczyłem ją bardzo swoimi podziękowaniami. Odwzajemniła mi się jedną z tych cudownych maseczek ziołowych, które robiła mi razem z Agnieszką.
Po śniadaniu przyjechała po mnie mama (gdyż ojciec wyjechał do pracy). Poszła do mojego pokoju po bagaże, a ja miałem kilka minut aby pożegnać się z moim aniołem. Znów chciałem jej powiedzieć o moim uczuciu, ale wciąż słyszałem w głębi duszy ten przeklęty głos "Nie masz prawa...". Poprosiłem ją o jakiś osobisty drobiazg na pamiątkę, a ona zdjęła wtedy z włosów taką kolorową gumkę i wręczyła mi ze słowami "Jakie to romantyczne". Gardło miałem ściśnięte ze wzruszenia, a łzy stanęły mi w oczach. Agnieszka napisała mi w kalendarzyku swój adres i obiecaliśmy, że będziemy do siebie pisać.
Przyszła mama z bagażami, włożyła je do samochodu, jeszcze ostatnie spojrzenie na Ośrodek i moją ukochaną Agnieszkę i ruszyliśmy do domu. Mama coś mi opowiadała, ale ja nic nie słyszałem, myślałem wciąż tylko o Agnieszce. Po twarzy zaczęły mi płynąć łzy, pomyślałem sobie wtedy, że już ich nie muszę powstrzymywać bo i tak nikt nie widzi. Łzy płynęły mi z oczu aż do końca podróży do domu.

Po kilku dniach nadeszły zamówione przeze mnie zdjęcia z kolonii. Rozpakowałem je, zobaczyłem na nich Agnieszkę i serce przeszył mi skurcz. Wtedy sobie uzmysłowiłem, że pokochałem ją nade wszystko i nigdy nie wymażę jej z pamięci.
Minęły trzy tygodnie od mojego przyjazdu do domu, gdy otrzymałem list. Wysłany był ze Skoków, a jak się dowiadywałem w trakcie czytania - napisała go cała kadra tęskniąca za pewnym kolonistą:
"Cześć Tomek! Jesteśmy znowu w Skokach - na drugim turnusie... i nawet jesteśmy w tym samym składzie (oprócz Agnieszki i Gabrysi). Ze znajomych kolonistów jest powtórnie Tomek Czarnecki. Tym razem kolonia jest "malutka" - 24 dzieci. Rozkład wiekowy tego turnusu jest od 2.5 lat do 50-tego roku życia, więc trudno jest nam zorganizować wspólne zajęcia tematyczne. Spędzamy zatem większość czasu na plażowaniu, kąpieli, pływaniu na kajakach, rehabilitacji. Pogoda nam na szczęście dopisuje. Szykujemy się jutro do pierwszej inauguracyjnej dyskoteki i przygotowujemy program na weekendowe ognisko. Na tym turnusie ze względu na brak funduszy nie będzie wycieczki do Biskupina. Gdy nadejdzie wieczór i wszystkie dzieci już śpią, kadra ma czas dla siebie i wtedy często wspominamy poprzednią kolonię... i co niektórych kolonistów... Muszę powiedzieć, że mi też brakuje tych wieczornych maseczek - teraz dla odmiany robię je Nawojce. Ponadto - nie ma tu równie dobrego tancerza co Ty! Kierownik przywiózł na tą kolonię zdjęcia z poprzedniej i muszę Ci powiedzieć, że masz wiele bardzo ładnych "fotek" - zwłaszcza z balu przebierańców. Nasze seanse filmowe należą już do tradycji. Niestety tym razem kierownik zabrał same horrory... brr... A propos: masz zdjęcie jak oglądasz z nami film w pokoju Marka. Mam nadzieję, że u Ciebie wszystko w najlepszym porządku i że dobrze się czujesz. Myślimy o Tobie i pamiętamy wspólnie spędzone chwile. Ja zwłaszcza pamiętam taką jedną uroczą chwilę, gdy zrobiłeś mi niespodziankę w postaci 3 różyczek "skombinowanych po partyzancku" z klombu...  ... Szkoda, że nie możesz być tu z nami raz jeszcze... ale może za rok... W każdym razie: Ściskam Cię serdecznie, dziękuję za list, ślę pozdrowienia i teraz przekazuję pióro innym dziewczynom... Monika Michalak"

Po przeczytaniu listu od Moniki chwyciła mnie nieopisana tęsknota za moją cudowną Agnieszką i w ogóle całą kolonią. Kolejne listy były zdawkowymi pozdrowieniami, dopiero list od Nawojki znów był taki dłuższy:
"Witaj Tomku!!! Serdeczne ucałowania z beztroskiej skockiej krainy! Nie ubolewaj, że Cię tutaj nie ma tym razem, gdyż zepsułbyś sobie słodki smak po pierwszym turnusie. Nie jest tak wesoło, gwarnie, pełno, a i pogoda troszeczkę gorsza i... oraz... ... i jeszcze woda w jeziorze nie taka klarowna i ciepła. Jest tym razem wiele defektów innej natury niż poprzednio, np.: nie ma Agnieszki, Gabrysi, Sabiny, Elki, maseczek, dobrych podwieczorków i ciastek sezamkowych. Już chyba nie żałujesz? Myślę, że zobaczymy się w przyszłym roku, może w innym miejscu, może w Skokach. Jeszcze mi się przypomniało, że wzmacniacz się zepsuł i z dyskotek też nici. Oczywiście wszystkie Cię wspominamy z pewnością czulej niż Ty nas (chociażby dlatego, że nas jest więcej). A często Cię tu wspominamy. Oglądamy zdjęcia, które dotrą do Ciebie niestety dopiero we wrześniu. Ale może to lepiej, bo rozwiane już wspomnienia powrócą na nowo i przeżyjesz wszystko od początku. Ślę Tobie serdeczne pozdrowienia, życzę wielu wspaniałych chwil, ciekawych książek, pięknej muzyki i życzliwych ludzi. Jeszcze raz całuję. Nawojka"
Jakże odmienny od listu Moniki, ale też pełen tęsknoty za mną. A na samym końcu krótki liścik od kierownika kolonii:
"Cześć Tomek!!! Przesyłam Tobie pozdrowienia i mam nadzieję, że się spotkamy za rok. Kobitki psują mi hemoglobinę dzień w dzień. Może się to zmieni wraz z ciśnieniem. Daję sobie radę, ale nie wiem czy dotrwam do końca turnusu (istny mapet show). Jeszcze raz przesyłam pozdrowienia i uściski. Marek Zawał"
Po przeczytaniu wszystkich listów i pozdrowień rozpłakałem się jednocześnie i ze śmiechu i z tęsknoty. To były najcudowniejsze dwa tygodnie mojego życia i nigdy nie zapomnę jak tam było wspaniale.

Wróć do spisu treści | Wróć do menu głównego