Rozdział 4 - Prywatna strona Tomasza Przybysza

Prywatna strona Tomasza Przybysza
Przejdź do treści

Menu główne:

Rozdział 4

Rozdział 4



Pewnego razu umówiłem się z panem Edwardem na spotkanie w hotelu "Merkury" w Poznaniu. Opowiadałem mu kiedyś o moich niepowodzeniach w liceum i prezes powiedział wtedy, że pomoże mi w dalszym kształceniu się. W hotelu miał mi wręczyć dokumenty dotyczące nauki w Centrum Kształcenia i Rehabilitacji Inwalidów w Konstancinie-Jeziornej pod Warszawą, gdzie miałbym się uczyć w liceum ekonomicznym, a po skończeniu szkoły podjąłbym pracę w "Starcie" jako księgowy.
Na spotkanie przyszedłem pół godziny przed czasem, prezesa jeszcze nie było. Gdy jego nieobecność przedłużała się niepokojąco, przyszła mi do głowy pewna myśl: podszedłem do recepcji i uprzejmie spytałem recepcjonistkę:

- Przepraszam bardzo, czy nikt nie zostawił tu wiadomości na nazwisko Przybysz?

Panienka była dla mnie bardzo miła, ale niestety, żadnej informacji nie było.
Pomyślałem, aby przejść się do "Startu" (około 500 metrów od hotelu) i zobaczyć czy prezes jeszcze jest. Niestety, w "Starcie" nikogo już nie było. Wróciłem zziajany do hotelu i nie mając już sił dłużej chodzić w tym upale poszedłem usiąść sobie do baru. Usiadłem w wygodnym fotelu i zastanawiałem się co mam robić dalej. Byłem już gotowy iść na autobus, gdy skierowałem wzrok na osobę drzemiącą w fotelu i rozpoznałem w niej... pana Edwarda. Obudziłem go i zaczęliśmy rozmawiać o szkole w Konstancinie. Otrzymałem dokumenty potrzebne do starania się o podjęcie nauki w owym liceum, dostałem również ulotki opisujące tę szkołę i miałem kilka tygodni na podjęcie decyzji co do wyjazdu do Konstancina. Ponieważ prezes był jeszcze z kimś umówiony, więc nie przedłużaliśmy naszej rozmowy i powoli szykowałem się do wyjścia. Ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu przy hotelowej recepcji spotkałem jednego ze Szwedów, który był na naszej kolonii we Wągrowcu. Przywitaliśmy się serdecznie, chwilę rozmawialiśmy takim łamanym, polsko-angielskim językiem, ale ja już naprawdę musiałem iść, gdyż miałem za kilkanaście minut autobus do domu.
Decyzję o wyjeździe do liceum do Konstancina podjąłem jeszcze tego samego dnia. Miałem trochę biegania z załatwianiem badań lekarskich, z wywiadem środowiskowym z Ośrodka Opieki Społecznej, lecz największa niespodzianka czekała mnie u okulisty. Po badaniu lekarka stwierdziła, że bezwarunkowo muszę nosić okulary. Pojechałem ze skierowaniem do optyka, tam komputerowo zbadano mi wzrok i zrobiono okulary.
Gdy je założyłem pierwszy raz, to czułem się jakbym był pijany. Widziałem ostro, ale obraz był tak lekko "zniekształcony", wszystko było bliższe niż w rzeczywistości. Idąc ulicą kilkakrotnie o mały włos nie przewróciłem się schodząc z chodnika (gdyż krawężnik był zupełnie gdzie indziej). Pomyślałem sobie wtedy, że "co jak co, ale chyba się nie przyzwyczaję do tych okularów".
Pan Edward obiecał, że załatwi mi przyjęcie do liceum bez egzaminów. W połowie sierpnia dowiedziałem się, że już wszystko załatwił i zostałem przyjęty. Natomiast ja wolałem się upewnić i zadzwoniłem do sekretariatu z pytaniem czy moje nazwisko figuruje na liście osób przyjętych. W odpowiedzi usłyszałem, że... nie zostałem przyjęty, gdyż mojego nazwiska nie mają. Powiedziałem, że to wszystko było załatwiane z samym dyrektorem Centrum, ale odpowiedzieli mi, że dyrektor wyjechał na urlop, a oni nic nie wiedzą.
Zadzwoniłem z kolei do prezesa i powiedziałem mu czego się dowiedziałem. On na to, że wszystko wyjaśni.
Tymczasem mijały dni i tygodnie. Pod koniec września otrzymałem przesyłkę zawierającą moje dokumenty z adnotacją: "Z powodu nie podjęcia nauki w liceum odsyłamy Pańskie dokumenty...". Na szczęście pan Edward uspokoił mnie, że wszystko jest już załatwione.
Trochę to trwało, ale wreszcie na początku grudnia wyjechałem do Konstancina. Jechałem pociągiem pod eskortą rodziców. Podróż minęła mi zwyczajnie, byłem tylko lekko podekscytowany i odrobinę zdenerwowany (w końcu pierwszy raz miałem mieszkać w internacie).
Na Dworcu Centralnym zobaczyłem urządzenie, które trochę mnie zaskoczyło - ruchome schody. Dotychczas widywałem je tylko w telewizji. Wchodząc na nie popełniłem drobny błąd: nie postawiłem nóg na jednym stopniu, tylko stanąłem jedną nogą na jednym, a drugą na innym stopniu. Schody zaczęły podjeżdżać w górę i zrobiły się naraz bardzo strome. Straciłem równowagę i nie mając czego się złapać (gdyż poręcz również mi "odjechała") przewróciłem się na plecy. Na szczęście mama jechała za mną, natychmiast zatrzymała schody, pomogła mi wstać i podtrzymując mnie wjechała ze mną na górę.
Najbardziej zabolała mnie wtedy znieczulica innych ludzi. Zebrali się wokół mnie tłumnie, lecz zamiast mi pomóc gapili się tylko jak na jakiegoś dziwaka. Tylko pewien młody człowiek okazał trochę serca i pomógł mojej mamie podnieść mnie.
Warszawa okazała się dla mnie koszmarnym miastem. Owszem, byłem już w dużych miastach (jak np. Poznań, Katowice), ale to miasto przedstawiało sobą "piekło". Wszechobecny tłok na chodnikach, pojazdów co niemiara, okropny hałas i zanieczyszczone powietrze - nie, Warszawa zdecydowanie nie należała do miejsc, które chciałbym częściej odwiedzać.
Dopiero gdy dojeżdżaliśmy do Konstancina, to moje samopoczucie zaczęło stopniowo ulegać poprawie. Tutaj ruch samochodowy był mniejszy, wkoło było mnóstwo zieleni - Konstancin bardziej przypominał cywilizowane spokojne miejsce.

Szkoła była bardzo duża. Budynek był w kształcie litery "E", do której ktoś doczepił dodatkową "nóżkę". Wszystko oczywiście mieściło się na parterze i było doskonale dostosowane do potrzeb osób niepełnosprawnych (także tych, którzy poruszali się na wózkach inwalidzkich). Drzwi wejściowe były na fotokomórkę (otwierały się samoczynnie), w toaletach były zainstalowane uchwyty, pokoje również mogły być zamieszkane przez chorych na wózkach.
Zaraz przy drzwiach wejściowych znajdowała się recepcja, później były pomieszczenia biurowe oraz pracownie komputerowe. Dalej stołówka oraz mały kiosk spożywczo-przemysłowy. To była pierwsza "nóżka" litery "E". W drugiej "nóżce" był pokój wychowawców, pokój pielęgniarek, pokoje mieszkalne oraz biblioteka. W trzeciej pokoje mieszkalne, sale lekcyjne i pracownia komputerowa. W czwartej również pokoje mieszkalne oraz sale lekcyjne. Wszystkie "nóżki" łączył długi korytarz, na początku którego znajdował się sekretariat oraz gabinet dyrektora.
Właśnie do gabinetu dyrektora trafiłem na początku. Musiałem przecież przedstawić się i wyjaśnić tę sytuację z opóźnieniem w przyjeździe do szkoły.
Wchodząc poczułem się jak w gabinecie jakiegoś ministra. Luksusowo urządzony pokój, ogromny stół konferencyjny z ciemnego drewna - wszystko to sprawiało, że czułem się trochę skrępowany.
Dyrektor okazał się fajnym gościem. Rozmawiając z nim wyczułem, że chyba się polubimy. Lecz obraz przyjemnego pobytu w Ośrodku prysł jak bańka mydlana po wejściu kierownika internatu. W przeciwieństwie do dyrektora ten facet już na pierwszy rzut oka nie spodobał mi się. Nie wiem dlaczego, ale odniosłem wrażenie, że uważał mnie za kogoś gorszego od siebie, za muchę, która swoim bzykaniem będzie mu przeszkadzać. A gdy jeszcze zaczął się głośno zastanawiać czy dam radę nadrobić zaległy materiał, to już całkiem "stracił u mnie punkty".
Zostałem zakwaterowany w pokoju numer 304 mieszczącym się w trzeciej "nóżce" budynku. Pokój był dwuosobowy, poprzez wspólną łazienkę połączony z sąsiednim. Nikogo w nim nie było.
Zacząłem się rozpakowywać, gdy wszedł pewien chłopak. Stanął na progu, popatrzył ze zdziwieniem na mnie i na moje bagaże. Za nim weszła pewna dziewczyna, która powiedziała:

- Krzysiek, masz nowego lokatora.

On podszedł do mnie, wyciągnął rękę i przedstawił się:

- Krzysztof jestem.
- Tomek - odpowiedziałem.

Wróciłem do rozpakowywania się, a on wyszedł z pokoju. Rodzice również zaczęli zbierać się na autobus do Warszawy i zostałem sam. Ale nie na długo. Po godzinie Krzysiek wrócił do pokoju z dwoma chłopakami.

- Poznaj swoich nowych kumpli. To jest Piotrek, a to Grzesiek, i będziesz z nimi chodził do jednej klasy.

Chwilę rozmawialiśmy, a później oni poszli do swoich pokojów, a ja wyciągnąłem się na łóżku, aby odpocząć po męczącej podróży.

Pierwsze dni w nowej szkole były takie "nijakie". Byłem trochę onieśmielony nowością sytuacji i faktem, że znajduję się tak daleko od domu, ale ta niepewność szybko mi przeszła. Chyba każdy uczeń czuł się podobnie w nowej szkole.
Ponieważ przyjechałem do szkoły po południu, było już po lekcjach, więc moje pierwsze spotkanie z klasą nastąpiło dopiero następnego dnia. Rano o godz. 7.15 mieliśmy śniadanie, a od ósmej zaczynały się lekcje. Pod salą lekcyjną byłem pierwszy. Troszkę byłem podenerwowany, ale nie dawałem tego poznać po sobie. Powoli zaczęli się schodzić pozostali uczniowie. Najpierw przyszły dwie dziewczyny (jedna na wózku), potem jakiś chłopak, znów dziewczyna, dwóch chłopaków... i klasa robiła się coraz bardziej gwarna.
Z początku wszyscy mnie obserwowali, lecz z każdą upływającą lekcją moja osoba traciła na zainteresowaniu. Na dużej przerwie podeszli do mnie Piotrek i Grzesiek (których poznałem poprzedniego dnia), zaczęliśmy rozmawiać i nie czułem się już taki wyobcowany. Przedstawili mi każdego ucznia i przynajmniej wiedziałem już kto jak ma na imię.
Nauczyciele byli w porządku. Nasza wychowawczyni, pani Anita, poruszała się na wózku inwalidzkim, ale robiła to z takim wdziękiem, że niejedna zdrowa kobieta mogłaby pozazdrościć jej gracji. Z miejsca ją polubiłem. Ona również okazywała mi wiele życzliwości i zrozumienia.
Pozostali nauczyciele również byli ok., z jednym tylko wyjątkiem. Tym wyjątkiem była nasza polonistka. Nie wiem dlaczego, ale zawsze traktowała mnie jak wroga. Nie potrafiła zapamiętać poprawnie mojego nazwiska, więc zmieniła je (bez mojej zgody) na "Przybyłko". Podobno taka odmiana była łatwiejsza dla niej do zapamiętania. Chociaż na pierwszym egzaminie zaskoczyłem ją doskonałym napisaniem dyktanda (brakowało w nim tylko dwóch przecinków), to jednak z każdym następnym dniem coraz bardziej mnie nienawidziła. Owszem, zdarzało się, że byłem nieprzygotowany na lekcję (gdyż miałem mnóstwo materiału do nadrobienia i czasami nie miałem już sił wciąż się uczyć), ale to nie jest powód do nienawiści. Doszło do tego, że po kilku tygodniach wręcz otwarcie okazywaliśmy sobie wrogość. No ale jak być życzliwym dla kogoś, kto pewnego dnia powiedział mi głośno przy całej klasie:

- "Wracaj tam skąd przybyłeś, bo nie chcemy tu kogoś takiego jak Ty!".

Na szczęście niesmak tej wrogości zatarły inne osoby. Poznałem m.in. Agnieszkę, która była "internatową opiekunką" naszej klasy (to była ta dziewczyna, która przyszła razem z Krzyśkiem podczas pierwszego dnia mojego pobytu w szkole), panią psycholog (z którą nieraz odbywałem długie rozmowy), pana Bogdana - właściciela małego kiosku mieszczącego się przy stołówce (jego córka chodziła do naszej klasy), a przede wszystkim poznałem całe mnóstwo osób mieszkających w internacie. Niektórzy nie wywarli na mnie najlepszego wrażenia, z niektórymi się zaprzyjaźniłem, ale tak ogólnie to dobrze się tam czułem. Chociaż jedna rzecz była dla mnie ciągłą udręką: 90% osób mieszkających w internacie preferowało muzykę tzw. "ciężką" (heavy metal, hard rock itp.), której z kolei ja nie cierpiałem i od której powoli zacząłem robić się nerwowy.
Z Krzyśkiem mieszkało mi się znakomicie. Chociaż on również słuchał "ciężkiej" muzyki, ale poza tym był fajnym kumplem. Wielokrotnie leżąc w łóżkach gadaliśmy sobie do późnej nocy, ja mu opowiadałem o Wielkopolsce, a on mi o morzu (mieszkał w Stargardzie Gdańskim).
Kiedyś byliśmy razem w łazience. On się kąpał, a ja goliłem swój młodzieńczy zarost. Tak jakoś zgadało nam się o naszych chorobach. Zauważyłem, że Krzysiek w gruncie rzeczy wygląda zupełnie normalnie, tylko chodzi tak trochę sztywno i dość wolno. Zapytałem go wtedy:

- Krzysiek, a na co Ty właściwie chorujesz? Powiem Ci, że wielokrotnie zastanawiałem się nad tym, ale jakoś nie mogę zgadnąć. Właściwie to nie widać po Tobie żadnej choroby.
- Słyszałeś o stwardnieniu rozsianym? Jest to choroba powodująca powolny zanik mięśni, nieuleczalna zresztą. Teraz jeszcze jestem w dobrym stanie, ale np. za pół roku czy za rok mogę trafić na wózek.
- No to możemy podać sobie ręce - odpowiedziałem mu. - Moja choroba też jest nieuleczalna, też powoli pogarsza moje ruchy, tylko ja mogę prędzej trafić na wózek. Mogę jutro się obudzić i nie będę mógł wstać z łóżka o własnych siłach.

Nie zdawałem sobie wtedy sprawy z tego, że te słowa za kilka miesięcy okażą się prorocze.

I tak upływał mi dzień za dniem, aż powoli zbliżała się Wigilia. Byłem z rodzicami umówiony w szkole, mieli po mnie przyjechać i z powrotem wracać mieliśmy razem. Lecz namówiony przez Grzegorza nie czekałem na rodziców, tylko pojechałem z nim do Warszawy na Dworzec Centralny. Tu nasze drogi się rozeszły, gdyż ja wracałem do Wielkopolski, natomiast Grzegorz jechał nad morze.
Podczas tej podróży byłem niesamowicie obładowany. Oprócz podręcznej aktówki z drobiazgami miałem jeszcze dużą turystyczną torbę wypełnioną moimi rzeczami i książkami (które bałem się zostawić w internacie).
Ponieważ do przyjazdu pociągu miałem kilka godzin wolnego czasu (na Dworcu Centralnym byłem około godz. 13, mój pociąg odjeżdżał dopiero około 16), więc postanowiłem sobie połazić po Dworcu. Bagaże oddałem do przechowalni (gdyż daleko bym z nimi nie zaszedł) i ruszyłem w trasę. Dworzec był tak ogromny, że bałem się, iż nie trafię z powrotem do przechowalni po moje bagaże. Zwiedziłem zaledwie mały kawałek (przy okazji kupiłem mamie prezent na imieniny) i czas już był iść na pociąg.
Do przechowalni wróciłem bez większych problemów, odebrałem bagaż i ruszyłem na peron. Mając w pamięci mój upadek z ruchomych schodów tym razem poszedłem na zjazd dla wózków. Zjechałem na dół i... utknąłem w tłumie. Ludzi było mnóstwo, gdyż tym pociągiem wracali z pracy do domu okoliczni mieszkańcy. Przeciskałem się w tej masie i zastanawiałem się jak wejdę do pociągu.
Gdy pociąg podjechał, to zaczęło się piekło. Wszyscy zaczęli się niesamowicie tłoczyć przy wejściach do wagonów, obawiałem się, że ludzie mnie stratują lub zostanę na peronie, bo nie dam rady się wcisnąć do pociągu. Na szczęście ludzie byli dość życzliwi i uprzejmi, widząc osobę niepełnosprawną robili mi miejsce, ktoś pomógł mi wsiąść do wagonu i po kilku minutach postoju pociąg ruszył w drogę.
Jechaliśmy ściśnięci jak śledzie w beczce. O tym aby znaleźć miejsce siedzące nawet nie miałem co marzyć. Stojąc na korytarzu pilnowałem tylko swojego bagażu, aby w tym ścisku nie ulotnił się.
Pociąg po każdym postoju robił się coraz luźniejszy, ludzi było coraz mniej i po godzinie jazdy znalazłem w przedziale miejsce siedzące. Usiadłem sobie z przyjemnością, gdyż od tego stania strasznie bolały mnie nogi. Na bagaż jeszcze nie było miejsca w przedziale, więc zostawiłem go na korytarzu, ale cały czas miałem na niego oko. A po następnych kilkunastu minutach w przedziale zrobiło się na tyle pustawo, że mogłem już go wziąć z korytarza.
W pociągu było strasznie gorąco, ja byłem bardzo zmęczony (na nogach byłem już od godz. 6 rano po sześciu godzinach snu), więc coraz bardziej zamykały mi się oczy. Obawiałem się, że mogę przespać Poznań i obudzić się w Berlinie lub Paryżu (gdyż podróżowałem pociągiem Eurocity). Ponieważ dwie osoby jadące razem ze mną w przedziale również wysiadały w Poznaniu, więc poprosiłem je aby obudziły mnie przed Poznaniem gdybym przypadkiem usnął.
Po dziesięciu minutach spałem już w najlepsze. Mogliby mnie okraść ze wszystkiego, ja nawet bym nie poczuł. Obudziłem się trochę wypoczęty koło Wrześni i do samego Poznania już nie spałem.
W Poznaniu miałem problem z wyjściem z pociągu (gdyż peron okazał się bardzo niski i trudno mi było zrobić ogromny krok ze stopnia pociągu na ziemię), na szczęście znów natrafiłem na ludzką życzliwość. Bagaże pomogła mi znieść na peron prześliczna Rosjanka, a w odpowiedzi na moje podziękowanie dała mi całusa w policzek i zniknęła "jak sen jaki złoty".
Do dworca autobusowego dotarłem ledwie żywy. Obawiałem się, że nie będę miał sił wejść do autobusu, ale jakoś wykrzesałem resztki energii na ten ogromny wysiłek. Miałem do domu 45 minut jazdy i przez ten czas zbierałem siły na ostatni odcinek trasy - z przystanku autobusowego do domu. I znów moja szczęśliwa gwiazda mnie nie opuściła. W autobusie spotkałem sąsiada, który w Żabnie wziął moje bagaże i pomógł mi zanieść je do domu.
W domu okazało się, że rodzice pojechali po mnie do Konstancina. Przyjechali do Poznania następnym pociągiem po mnie, a potem wrócili do domu. Tu dostałem burę, że co ja sobie wyobrażam, że tak daleko jechali nadaremno, następnym razem to w ogóle nie przyjadą po mnie...
Mimo tego święta upłynęły mi w miłej rodzinnej atmosferze. Na początku stycznia 1993 roku powróciłem do Konstancina na dalszą naukę. Internat przez święta był pusty, nie był przez ten czas ogrzewany, więc wróciłem "na Syberię". Przez pierwsze dni wszyscy bez wyjątku oblegali kaloryfery, ale z czasem budynek się ogrzał i znów było ciepło.

W połowie marca na tablicy ogłoszeń znalazłem wywieszkę, że w najbliższych dniach odbędzie się w internacie koncert pewnego piosenkarza - Zbigniewa Gniewaczewskiego. Przyznam się, że nigdy o nim nie słyszałem, razem z kumplami zastanawialiśmy się czy warto będzie iść na ten koncert (który był darmowy).

- A co tam! - powiedziałem. - Najwyżej po pierwszej piosence wyjdziemy z sali. Pójdziemy się przekonać co to za artysta.

Koncert odbył się w stołówce wieczorem (po kolacji). Przyszło na niego tyle osób, że dla nas nie było już miejsca (trochę się spóźniliśmy z przyjściem). Ale usiedliśmy sobie przy stołówce na fotelach i mieliśmy chyba nawet lepiej niż ci na stołówce. Piosenki było słychać znakomicie, a przynajmniej nie musieliśmy się tłoczyć z innymi.
Posłuchaliśmy jednej piosenki, później drugiej, potem jeszcze następnej i... spodobał nam się ten piosenkarz. Jego utwory były mieszane - szybkie i wolniejsze, muzyka natomiast była taka "przejmująca". Tak mi się spodobała, że po koncercie kupiłem kasetę magnetofonową z własnoręcznym jego autografem (dziś jest jedną z moich pamiątek z Konstancina).
Miałem również okazję wybrać się na koncert kabaretu OTTO w Warszawie. Zajechaliśmy autokarem pod jeden z teatrów (gdzie mieli występować), a ponieważ do wjazdu na parking była spora kolejka, więc czekaliśmy na swoją kolej. Wyglądałem sobie przez okno, gdy nagle zobaczyłem jak podjeżdża jakiś zachodni samochód, zaparkował na chodniku, a po chwili wysiadł z niego elegancki facet. W pierwszej chwili pomyślałem sobie na jego widok: "Skąd ja znam tego gościa?", przyjrzałem mu się dokładniej i... oniemiałem - to był jeden z członków kabaretu OTTO - Wiesław Tupaczewski. Wyglądał zupełnie inaczej niż w telewizji i chyba nie rozpoznałbym go na ulicy.
Wjechaliśmy wreszcie na parking, wyszliśmy z autokaru i weszliśmy do teatru. Trochę było problemów z wnoszeniem osób na wózkach do sali (do której prowadziło kilkanaście schodów - na szczęście niskich), ale wreszcie siedzieliśmy na pełnej sali i z niecierpliwością czekaliśmy na występ.
Kabaret OTTO jak zwykle był wspaniały, wszyscy byli po ich występie poobrywani ze śmiechu. Później za kulisami mogliśmy ich poznać osobiście, poprosić o autograf, chwilkę porozmawiać. Do Konstancina wszyscy wracali w doskonałych nastrojach.
Mijały dni i tygodnie, a ja miałem coraz większe trudności z nauką. Oprócz materiału bieżącego musiałem uczyć się zaległości, a im więcej się uczyłem, tym mniej wiedziałem. Pod koniec marca doszedłem do wniosku, że nie ma sensu dalej się przemęczać ponad siły i stwierdziłem, że czas wracać do domu. Na tę decyzję wpływ miało również pogorszenie się stanu mojego zdrowia (miałem coraz większe trudności z chodzeniem). Z wielkim żalem pożegnałem się z mieszkańcami internatu, ze znajomymi, przyjaciółmi, nauczycielami (chociaż we wzroku mojej polonistki wyczytałem wielką ulgę), tym razem czekałem cierpliwie na rodziców i po czterech miesiącach pobytu w Konstancinie wróciłem do domu.

Zdrowie pogarszało mi się w bardzo szybkim tempie. Choroba gwałtownie zaatakowała moje nogi czyniąc je coraz słabszymi i sztywniejszymi. Czasami nie mogąc utrzymać równowagi przewracałem się, a każdy z tych upadków przyspieszał rozwój FOP i sprawiał, że coraz bardziej traciłem władzę w nogach (o dziwo, ręce miałem przez te wszystkie lata sprawne na tym samym poziomie co po wyjściu ze szpitala, choroba skoncentrowała się głównie na biodrach i nogach).
W październiku 1993 roku byłem z mamą w gminnej bibliotece po nową porcję książek. Było tam strasznie gorąco, ja byłem okryty grubą, ortalionową kurtką, idąc między regałami nagle poczułem, że robi mi się ciemno przed oczami i. straciłem przytomność w momencie upadku na podłogę. Mama z panią bibliotekarką natychmiast zaczęły mnie cucić, ale nie odzyskiwałem przytomności. Dopiero masaż serca doprowadził do tego, że otwarłem oczy i spytałem "Co się stało?".
Przyjechała karetka pogotowia, gdy lekarz zobaczył w jakim jestem stanie, momentalnie kazał mnie położyć na noszach i pojechaliśmy do szpitala do Śremu. Tam zostałem przez tydzień na obserwacji z podejrzeniem lekkiego wstrząsu mózgu.
Ten tygodniowy pobyt przypomniał mi początki mojej choroby i dwa lata spędzone w poznańskich szpitalach. Dwa razy dziennie miałem podawaną kroplówkę, brałem również sporo tabletek, na dodatek byłem na diecie (chociaż mój żołądek wciąż domagał się porządnego posiłku). Ale rodzina odwiedzała mnie dość często, przywieźli mi książki do czytania, więc nie czułem się tam tak źle. Na dodatek przychodziła do mnie śliczna pielęgniarka, więc pobyt upłynął mi bardzo miło.
Po tygodniu zostałem wypisany ze szpitala i mogłem wrócić do domu. Gdy pierwszy raz zobaczyłem się w lustrze, to nie poznałem własnej osoby - na czole wielki guz, koło pękniętej skóry ogromny strup w kolorze fioletowym (zresztą całe czoło miałem fioletowe od gencjany). Jeszcze długo nie mogłem zmyć tego fioletu z czoła, dopiero po zagojeniu się rany zeszło mi to wszystko razem z naskórkiem.
Ten upadek również nie był obojętny dla mojego zdrowia. Miewałem czasami bóle głowy, a nogi słabły coraz bardziej. W dwa miesiące po tym wypadku (w Sylwestra 1993 roku) miałem już tak zablokowane stawy, że nie byłem w stanie zejść o własnych siłach ze schodów. Ostateczny kres samodzielnego chodzenia nastąpił trzy dni później - 3 stycznia 1994 roku. Nie miałem już sił, aby samemu wstać z łóżka, dopiero przy pomocy ojca udało mi się podnieść, jednak moje nogi były już za słabe aby mnie dźwigać.
I tak oto zostałem skazany na długie tygodnie samotności. Nikt z moich rówieśników nie przyszedł do mnie z wizytą, zapomnieli o mnie wszyscy, a ponieważ chodzenie bardzo mnie męczyło (nie byłem w stanie zrobić więcej niż kilka kroków), więc pozostało mi tylko siedzenie w pokoju, oglądanie telewizji (która bardzo szybko mi się znudziła), czytanie książek (co kilkanaście dni miałem przywożoną z biblioteki nową porcję lektury) oraz zabawa "namiastką komputera" - moim ukochanym Commodore C64.
Dopiero po około czterech miesiącach samotnego życia w pokoju przyszli do mnie pierwsi goście z wizytą. Były to moje koleżanki z sąsiedztwa. Posiedziały chwilkę, lecz nie czując się zbyt dobrze w moim towarzystwie (nie wiedziały o czym ze mną rozmawiać) wkrótce poszły.
Moja mama oczywiście starała się o wózek inwalidzki dla mnie, lecz trwało to bardzo długo. Ta wszechobecna biurokracja (która bardziej utrudniała życie osobom niepełnosprawnym, niż im pomagała), oczekiwanie na sprowadzenie wózka z Warszawy, niepewność, czy wózek będzie odpowiedni - to wszystko sprawiało, że każdy dzień zdawał się być wiecznością.
Po pięciu miesiącach oczekiwania otrzymałem wreszcie swój wymarzony pojazd. Gdy po raz pierwszy wyjechałem na dwór, słońce niemal mnie oślepiło, a zapach świeżego powietrza zaparł mi dech w piersi. Z początku wręcz bałem się wyjeżdżać na spacery, gdyż ludzie których mijałem nieznośnie się na mnie gapili. W Żabnie nie było poza mną osób niepełnosprawnych na wózkach, więc dla mieszkańców byłem "nowością". To mnie tak bardzo onieśmielało, że na spacery z reguły wyjeżdżałem wieczorami. Lecz później ludzie oswoili się z moim widokiem i nie budziłem już takich sensacji.

Wróć do spisu treści | Wróć do menu głównego