Rozdział 3 - Prywatna strona Tomasza Przybysza

Prywatna strona Tomasza Przybysza
Przejdź do treści

Menu główne:

Rozdział 3

Rozdział 3



Szkołę podstawową kończyłem z prawdziwym żalem. Wiedziałem, że wraz ze świadectwem ukończenia ósmej klasy kończy się pewna część mojego życia - dzieciństwo, a zaczyna dojrzewanie i powolne zmierzanie ku dorosłości. Ze smutkiem jechałem na uroczystość rozdania świadectw, gdyż miała ona być ostatnią, w której uczestniczyłem. Rozpoczęło się wręczanie wyróżnień książkowych dla najlepszych uczniów. Stojąc na placu apelowym z wszystkimi zastanawiałem się gdzie los zastanie mnie za rok. Z rozmyślań wyrwał mnie głos jednego z nauczycieli:

- Za dobre wyniki w nauce oraz wzorowe zachowanie wyróżnienie otrzymuje uczeń klasy ósmej - Tomasz Przybysz.

Podchodząc po odbiór nagrody westchnąłem w duszy: "Oto ostatni raz otrzymuję pamiątkową książkę" (gdyż co roku byłem wyróżniany książkami za dobre wyniki w nauce).
Po kilkunastu minutach rozeszliśmy się do swoich klas. W mojej klasie początkowo było dość gwarno (gdyż opowiadaliśmy sobie co będziemy robić przez wakacje), lecz gdy otworzyły się drzwi i weszła nasza wychowawczyni, w klasie zrobiło się cicho jak makiem zasiał.
Pani Maria była moją wychowawczynią od czwartej klasy (odkąd zacząłem chodzić do szkoły w Brodnicy). Przez te wszystkie lata była najlepszą wychowawczynią, z jaką kiedykolwiek się zetknąłem. Choć była wymagającą nauczycielką, to wszyscy ją kochaliśmy. Traktowaliśmy ją jak matkę, a ona nas jak swoje dzieci.
Weszła do klasy, stanęła przy biurku i popatrzyła na nas z miłością w oczach. To jej spojrzenie miało w sobie wiele ciepła, gdyż po raz ostatni spotykaliśmy się wszyscy razem - "matka" i jej "dzieci".
Zaczęło się wydawanie świadectw. Ku naszemu zaskoczeniu nikt z klasy nie został na drugi rok (choć było kilku takich "niepewnych swojego losu"). Jeszcze raz okazało się, że pani Maria ma wielkie serce, gdyż nikomu nie chciała robić przykrości i cała klasa otrzymała świadectwa ukończenia szkoły podstawowej.
Gdy podchodziliśmy do pani Marii po odbiór świadectwa, to każdy wręczał jej kwiaty, otrzymywał świadectwo i kilka miłych słów. Przyszła i moja kolej. Stanąłem przed nią, otrzymałem świadectwo, wręczyłem jej kwiaty i spojrzeliśmy sobie w oczy. Powiedziała wówczas do mnie następujące słowa:
"Idź przez życie z otwartym sercem, a każdy człowiek na Twą miłość także odpowie miłością."
Nasza klasa była ostatnią, którą się opiekowała. Wkrótce przeszła na emeryturę, lecz na zawsze pozostaliśmy w jej sercu jako ukochane "dzieci".

Po otrzymaniu świadectwa ukończenia szkoły podstawowej nie wiedziałem co dalej ze sobą zrobić. Chciałem się dalej kształcić, ale ze względu na moją chorobę wiele szkół po prostu odmówiło przyjęcia mnie (może bali się, że moja choroba jest zaraźliwa?). Szkoła z internatem też raczej nie wchodziła w grę.
W końcu udało mi się podjąć naukę w liceum wieczorowym. Było to II Liceum Ogólnokształcące dla pracujących mieszczące się w Poznaniu na ul. Krakowskiej. Jeździłem na lekcje dwa razy w miesiącu - w sobotę i w niedzielę.
W soboty nauka zaczynała się o godz. 14, a ja z powodu kiepskich połączeń autobusowych w weekendy jechałem autobusem o 9.30, godzinę później byłem w Poznaniu i do godz. 14 czekałem pod szkołą lub zwiedzałem sobie miasto. Kończyliśmy lekcje o 19.30 i musiałem szybko znaleźć się na dworcu PKS, aby zdążyć na autobus o 20.15. Do domu docierałem zmęczony o godz. 21.20.
W niedzielę miałem jeszcze lepiej. Nauka zaczynała się o 8.15, więc musiałem wstawać o 5.30, aby godzinę później zdążyć na pociąg w pobliskim miasteczku. Po lekcjach (około 14.30) biegiem na autobus i mniej więcej o 16.20 byłem już w domu.
Nauka w liceum była jednak krańcowo odmienna od tej, jaką miałem w domu. Nauczyciele byli wiecznie zajęci, lekcje były przerabiane w pośpiechu (czytane były tylko najważniejsze zagadnienia, resztę "proszę sobie opracować w domu samodzielnie"), a wykłady były dyktowane w tak szalonym tempie, że na początku nadążałem zapisywać tylko jedną trzecią dyktowanego materiału. Na przerwach zamiast sobie odpoczywać, pośpiesznie uzupełniałem brakujące notatki. Później doszedłem do wprawy w pisaniu, lecz często jeszcze po każdej lekcji traciłem czucie w nadgarstku od machania długopisem.
Najgorsze jednak było to, że co semestr klasa się zmieniała. Ledwie wszyscy się poznali, zżyli ze sobą, nawiązały się przyjaźnie i sympatie, a tu egzaminy semestralne "odfiltrowały" tych najsłabszych i trzeba było się z nimi pożegnać. Na ich miejsce przychodzili nowi i przez kolejny semestr było tak samo.
Na domiar złego poziom nauki w liceum był strasznie wysoki. Materiał był tak trudny, że z ledwością mogłem go zrozumieć. A tu nie było tak jak w podstawówce - tutaj rzucili cię na głęboką wodę i radź sobie sam, nikt ci niczego nie wytłumaczy, do wszystkiego powinieneś dojść sam. Jeśli nie potrafisz, to nie nadajesz się do nauki w naszym liceum i jak najszybciej zrezygnuj.
Przez pierwszy rok jakoś dawałem sobie radę, mimo iż miałem wiele problemów z przyswojeniem i zrozumieniem materiału. Lecz w drugiej klasie wielu rzeczy nie potrafiłem się nauczyć i w rezultacie na początku 1992 roku egzamin semestralny "odfiltrował" również i mnie.
Z początku rodzice byli na mnie wściekli (przez kilka dni miałem absolutny szlaban na wyjście z domu), ale w końcu zrozumieli, że taki system nauczania był dla mnie zbyt trudny. Ponieważ do końca roku szkolnego zostało trochę czasu (to był początek lutego), więc postanowiłem odpocząć sobie od wszelkich stresów związanych z nauką i zastanowić się co dalej mam zrobić w sprawie dalszego kształcenia się.

Mama poprzez tutejszy Ośrodek Opieki Społecznej załatwiła mi wyjazd na kolonie. Miałem przez dwa lipcowe tygodnie gościć w Ośrodku Wczasowo-Wypoczynkowym w Wągrowcu, a moją "rodziną" na ten czas miało być Sportowe Stowarzyszenie Inwalidów "Start" z Poznania.
Jechałem na te kolonie z pewną nieśmiałością i lekką obawą, gdyż to miał być mój pierwszy samodzielny pobyt poza domem. Mimo iż miałem już osiemnaście lat, to jeszcze nigdy nie byłem na żadnych koloniach. Lecz pomyślałem sobie wtedy, że przecież nie mogę być takim maminsynkiem, który wiecznie potrzebuje opieki, w końcu "do odważnych świat należy". Po tej myśli miejsce obawy w mojej świadomości zajęła radość i ciekawość.
A w Ośrodku czekała na mnie niespodzianka. Okazało się, że prezes "Startu" mieszkał niegdyś w Mosinie - małym miasteczku położonym koło Żabna - i ten fakt bardzo nas zbliżył do siebie. Mieliśmy wspólnych znajomych i można powiedzieć, że byliśmy niejako "sąsiadami przez miedzę".
Stosunki na kolonii były wspaniałe. Nie czuło się takiej typowo kolonijnej atmosfery, wszyscy traktowani byli bardziej jak członkowie rodziny niż koloniści. Dzieci zachowywały się uprzejmie wobec innych, pomagały sobie nawzajem, opiekunowie również stwarzali tę rodzinną atmosferę (w końcu przez dwa tygodnie musieli wszystkim dzieciom zastąpić rodziców), a na dodatek razem z nami była jeszcze pięćdziesięcioosobowa grupa osób niepełnosprawnych ze Szwecji. Ponieważ nie znali oni języka polskiego, więc co niektórzy z polskiej grupy mieli okazję przetestować swoją znajomość języka angielskiego.
Chociaż moja grupa była najmłodsza (poza mną wszystkie dzieci były 6-10 letnie), to jednak w ogóle nie odczuwałem różnicy wieku. Nasza opiekunka, pani Nina, potrafiła nam tak doskonale zorganizować czas, że wszyscy świetnie się bawili. Gry i zabawy na świeżym powietrzu (gdyż pogoda cały czas nam dopisywała), wspólne kąpiele w jeziorze, radość panująca wszędzie - czułem się na tych koloniach znakomicie i wszystkimi zmysłami chłonąłem to, co zabrała mi izolacja od rówieśników podczas indywidualnego nauczania w domu.
Czas na koloniach mieliśmy tak wspaniale zorganizowany, że nie było mowy o nudzie. Po raz pierwszy miałem okazję jechać kolejką wąskotorową do Biskupina. Sama osada nie zrobiła na mnie dużego wrażenia. Spodziewałem się zupełnie czegoś innego. A tu zwykła drewniana brama, do której prowadziła droga z drewnianych belek, przy bramie trochę pali wbitych w dno jeziora. Dopiero za bramą stanąłem zaskoczony widokiem niskich drewnianych chat. Przewodnik wprowadził nas do jednej z nich. Niektórzy mieli trochę problemów z wejściem, gdyż otwór wejściowy był bardzo niski, a dodatkowo był jeszcze wysoki próg. W środku chata przypominała raczej wiejską szopę, niż dom mieszkalny. Na środku było palenisko, z jednej strony legowiska do spania, z drugiej strony miejsce gdzie były trzymane zwierzęta, po drabinie wchodziło się na maleńki stryszek - w takich warunkach żyli ludzie 2500 lat temu.
Wracaliśmy inną trasą. Mogliśmy obejrzeć sobie hodowlę koników polskich, piec do wypalania cegieł, a na końcu naszej wizyty w Biskupinie zwiedzaliśmy muzeum, gdzie były wystawione eksponaty wykopane przez archeologów. Były to przeważnie szczątki broni i ozdób, naczynia gliniane, fragment drewnianej łodzi... Chodząc między eksponatami pomyślałem sobie, że nikt tego nie pilnuje, więc łatwo byłoby zabrać sobie jakiś drobiazg na pamiątkę. Lecz skończyliśmy zwiedzanie i pokusa zabrania sobie pamiątki minęła.
W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się jeszcze w Żninie chcąc zobaczyć słynne muzeum kolejki wąskotorowej. Weszliśmy do pociągu, w którym była urządzona wystawa. W szklanych gablotach wystawione były różne kolejowe dokumenty, stare bilety, służbowe lampy naftowe, a także kompletne mundury kolejarzy.
W budynku stacji kolejowej czas zatrzymał się w miejscu chyba na początku lat trzydziestych. Mała poczekalnia ogrzewana piecem kaflowym, kasa, w której oprócz biletów można było kupić także modele samolotów do składania oraz puzzle. Wszystko tu wyglądało jak na starych filmach i wchodząc do pomieszczenia człowiek miał wrażenie, że cofnął się w czasie o kilkadziesiąt lat.
Oprócz wycieczki do Biskupina mieliśmy jeszcze inne atrakcje. Pewnego dnia wychowawcy zorganizowali nam rejs statkiem wycieczkowym po jeziorze. Jedna runda trwała około półtorej godziny. Stateczek był mały, jednocześnie mogło się na nim pomieścić nie więcej niż 10 osób. Ponieważ był straszny upał, ja nie zabrałem z domu żadnej czapki przeciwsłonecznej, więc pani Nina poprosiła kapitana statku, abym mógł przebywać w sterówce. Kabina była tak niewielka, że z trudem mieściliśmy się tam we troje - ja, kapitan i jego pomocnik.
Wyruszyliśmy w rejs. Z początku byłem trochę onieśmielony, ale gdy kapitan zaczął opowiadać o swoich dotychczasowych rejsach, o przygodach z kłusownikami, to szybko się z nim oswoiłem. Dał mi swoją czapkę kapitańską, a po chwili, widząc że rozglądam się z ciekawością po wszystkich przyrządach nawigacyjnych, zapytał:

- Chciałbyś trochę posterować statkiem?

Czy chciałem? Pytanie! Jasne, że chciałem.
Kapitan zrobił mi miejsce za sterem i tak oto przez kilkanaście minut mogłem poczuć się prawdziwym "wilkiem morskim". Kapitan chyba mnie polubił, bo nagle zebrało mu się na psikusy.

- Chwyć koło sterowe i zakręć nim w lewo i prawo - nakazał mi w pewnej chwili.

Zrobiłem jak mi powiedział i statkiem mocno zakołysało. Z tyłu na pokładzie rozległy się piski przestraszonych dzieci, a kapitan uśmiechnął się do mnie łobuzersko.
Płynęliśmy dalej. Zrobiliśmy ponad dwie trzecie drogi i nasz rejs powoli zbliżał się do końca. Kapitan wziął ode mnie koło sterowe i przybił statkiem do pomostu. Oddałem mu czapkę, podziękowałem za rejs i to był koniec wodnej przygody.
Równie dobrze bawiłem się podczas występów iluzjonisty, pana Macieja. Został on specjalnie zaproszony przez "Start" na naszą kolonię i umilał nam czas pokazując magiczne sztuczki. Pokazywał nam sztuczki z kartami, z przecinaniem sznura, który po chwili "skleił" w magiczny sposób (jednakże po dokładnym obejrzeniu sznura odgadłem na czym polegała ta sztuczka), z magiczną różdżką i wiele innych.
Mieliśmy także spotkania z prasą i telewizją. Przyjechała do nas dziennikarka z pewnego ogólnopolskiego miesięcznika. Zrobiła kilka wywiadów z dziećmi (ja także zostałem uznany przez nią za ciekawy materiał na artykuł), z wychowawcami, porobiła mnóstwo zdjęć i obiecała nam, że artykuł o naszej kolonii ukaże się w jednym z jesiennych numerów miesięcznika.
Natomiast telewizja przyjechała z Poznania (to byli reporterzy z poznańskiego oddziału TVP). Przyjechali, pokręcili się po całym Ośrodku, nakręcili materiał filmowy i dwa dni później mogliśmy zobaczyć naszą kolonię w telewizji.
Pewnego dnia zostałem bardzo mile zaskoczony. Podczas porannego apelu prezes "Startu", pan Edward, wywołał mnie na środek placu apelowego i powiedział:

- Mianuję kolonistę Tomasza Przybysza na stanowisko dzwonnika kolonijnego.

To było dla mnie prawdziwym szokiem i w pierwszej chwili nie wiedziałem co mam robić. Nie spodziewałem się, że spotka mnie takie wyróżnienie.
Funkcja dzwonnika była bardzo zaszczytna. Do jego obowiązków należało poranne budzenie całej kolonii oraz oznajmianie pory posiłków. I oto nie wiedzieć dlaczego, ja otrzymałem tę funkcję.
Rano wstawałem wcześniej od innych, zawieszałem dzwon na stojaku stojącym na placu apelowym i jego dźwięcznym tonem oznajmiałem, że oto nadszedł czas pobudki. W międzyczasie dyżurny chodził pomiędzy domkami i budził śpiochów ręcznym dzwonkiem (takim szkolnym). Po porannej toalecie i krótkich ćwiczeniach dzwoniłem na śniadanie. Kolejnym moim obowiązkiem było oznajmienie pory obiadu, a pod wieczór dzwoniłem na kolację. Ze swoich obowiązków wywiązywałem się również podczas porannych i wieczornych apeli oraz niespodziewanych zbiórek. Po moim ostatnim dzwonieniu zabierałem dzwon do swojego pokoju (ponieważ zdarzały się już wcześniej przypadki kradzieży takich dzwonów) i następnego dnia wszystko zaczynało się na nowo.
Powrót do domu przyjąłem z wyraźnym żalem. Na kolonii było tak wspaniale, że z prawdziwą niechęcią powracałem do szarej rzeczywistości. Lecz obiecałem prezesowi, że wkrótce wpadnę do "Startu" w odwiedziny. Swoją obietnicę zrealizowałem po kilkunastu dniach; po wejściu do siedziby Stowarzyszenia zaskoczyło mnie bardzo ciepłe przyjęcie. Pan Edward uściskał mnie jak własnego syna, a inni pracownicy również przywitali mnie bardzo serdecznie. Odtąd gościłem w "Starcie" bardzo często, gdyż bardzo lubiłem przebywać wśród tak życzliwych mi osób.

Wróć do spisu treści | Wróć do menu głównego