Rozdział 2 - Prywatna strona Tomasza Przybysza

Prywatna strona Tomasza Przybysza
Przejdź do treści

Menu główne:

Rozdział 2

Rozdział 2



Po powrocie ze szpitala zacząłem naukę w drugiej klasie szkoły podstawowej. Budynek szkolny mieścił się obok mojego domu. Był to duży piętrowy gmach z czerwonej cegły, do którego uczęszczały dzieci z okolicznych wiosek. Były tu tylko trzy klasy, od czwartej klasy dzieci dojeżdżały do szkoły w Brodnicy - wioski oddalonej o 4 km od Żabna.
Moja klasa liczyła sobie 7 uczniów (wliczając również mnie). Gdy nauczycielka, pani Bogumiła (była również dyrektorem szkoły), wprowadziła mnie po raz pierwszy do klasy, zapadła cisza, a wszyscy z ciekawością mnie obserwowali.

- Dzieci - powiedziała pani Bogumiła - przedstawiam wam Tomka, waszego nowego kolegę. Jest chory, przyszedł do nas prosto ze szpitala, gdzie przebywał bardzo długo. Mam nadzieję, że zaprzyjaźnicie się z nim.

Po wyjściu nauczycielki dziecięca ciekawość przezwyciężyła nieśmiałość i dzieciaki zebrały się przy mnie wypytując o moją chorobę, o pobyt w szpitalu i w ogóle o wszystko. Z początku nie chciały mi uwierzyć, że spędziłem poza domem dwa lata, ale gdy na jednej z lekcji nauczycielka poprosiła abym opowiedział swoje przeżycia ze szpitala, to przekonały się że mówiłem prawdę.
Z początku obawiałem się, że z powodu mojej choroby dzieci mnie nie zaakceptują lub będą wyśmiewać się ze mnie, jednak przekonałem się, że traktują mnie zupełnie normalnie i nie zwracają uwagi na fakt, iż moja sylwetka jest nieruchoma, a ręce nienaturalnie wykręcone.
Maciek, Zbyszek, mój imiennik Tomek oraz pozostałe dzieci szybko mnie zaakceptowały jako nowego kolegę i nigdy nie spotkały mnie żadne przykrości z ich strony z powodu mojej odmienności. Podczas wspólnych zabaw musiałem jedynie uważać aby się nie przewrócić (ponieważ mając usztywnione ramiona nie mogłem zamortyzować upadku), lecz dzieci same uważały, aby mnie przypadkiem nie potrącić zbyt mocno.
Nauka zawsze przychodziła mi bardzo łatwo. Nawet gdy ukończyłem trzecią klasę i zacząłem uczęszczać do szkoły w Brodnicy, to nigdy nie miałem większych problemów z przyswojeniem nowego (a co za tym idzie - o wiele trudniejszego) materiału. Uczyłem się tak dobrze, że w piątej klasie dyrektor szkoły powiedział, że gdybym zechciał to mógłbym zaliczyć dwie klasy w ciągu jednego roku. Lecz ja nigdy nie byłem kujonem i nie miałem najmniejszego zamiaru męczyć się, aby szkołę skończyć trochę wcześniej niż inni uczniowie.
Problem był innej natury. W szkole w Żabnie było maksymalnie dwudziestu uczniów, natomiast szkoła w Brodnicy obejmowała swym zasięgiem większy obszar i uczniów uczęszczało do niej kilkakrotnie więcej. Nauczyciele obawiali się, że dzieci nie będą na mnie uważać, a nawet mogłyby specjalnie zrobić mi jakąś krzywdę, więc postanowiono, że będę miał nauczanie indywidualne w domu. Trzy razy w tygodniu przyjeżdżali do mnie nauczyciele na lekcje, a do szkoły jeździłem tylko na rozpoczęcie roku szkolnego oraz po odbiór świadectwa i ewentualnie na jakieś szkolne uroczystości.
Nauczycieli miałem wspaniałych. Pan Maciej, nauczyciel m.in. matematyki, był dla mnie bardziej jak przyjaciel niż nauczyciel. Wielokrotnie zdarzało się, że zamiast prowadzić ze mną lekcje, uczył mnie gry w szachy. Gdy przychodził do mnie, szachownica czekała już na stole rozłożona, a gdy znudziły nam się szachy, to dla odmiany graliśmy w warcaby lub Monopol. Lecz mimo takiego "rozrywkowego" podejścia do nauki bez problemów przerabialiśmy materiał szkolny.
Również pani Magda, ucząca mnie języka polskiego oraz innych przedmiotów humanistycznych, miała niezwykłą osobowość. Roztaczała wokół siebie atmosferę dobroci i właściwie nigdy nie potrafiłem jej niczego odmówić. Nawet gdy robiła niezapowiedziany sprawdzian, to nie marudziłem jak inni uczniowie, tylko byłem zadowolony, że chce sprawdzić rezultaty swojego nauczania i poziom mojej wiedzy.
Tęskniłem bardzo za swoimi rówieśnikami, brakowało mi tej wspaniałej atmosfery koleżeństwa, która panowała w szkole w Żabnie, lecz doskonale rozumiałem, że z powodu mojej choroby nie mogę uczyć się z innymi dziećmi.
Najprawdopodobniej ta izolacja od rówieśników sprawiała, że zacząłem czuć się kimś "gorszym". Byłem bardzo nieśmiałym dzieckiem, a ten brak kontaktu z innymi dziećmi powodował, że stałem się całkowitym odludkiem. Nie spotykało mnie zresztą nic dobrego od innych: szyderstwa, śmiechy, wyzwiska - tylko dzieci mogą być tak okrutne wobec kogoś, kto w jakimkolwiek stopniu różni się od nich. Dlatego też większość wolnego czasu spędzałem w domu czytając książki (które zawsze uwielbiałem). Moja fantazja przenosiła mnie w dalekie kraje, gdzie razem z bohaterami powieści przeżywałem fantastyczne przygody. I właśnie czytając książki czułem się poniekąd... wolny.
Tak było przez cały czas. Moi koledzy umawiali się na pierwsze randki z dziewczynami, chodzili na dyskoteki, a ja będąc osobą "inną" żyłem niejako na uboczu. Bo i żadna dziewczyna nie chciała umówić się z inwalidą. Mógłbym być dobrym kandydatem na kolegę lub przyjaciela, lecz chłopakiem - wykluczone.
Zresztą ja nie szukałem towarzystwa innych. Zamiast przesiadywać jak wszyscy w hałaśliwych dyskotekach wolałem sobie z moim ukochanym pieskiem iść na spacer do lasu.
A było tam cudownie. Z dala od hałasu cywilizacji, sam na sam z przyrodą, szedłem sobie leśną drogą wdychając świeże powietrze, które smakowało wybornie (tylko człowiek wychowany na wsi lub w lesie wie jak wspaniale smakuje poranne powietrze jeszcze nie rozgrzane od słońca i z odrobiną wilgoci od rosy). Słoneczko rozgrzewało żywicę na sosnach przesycając powietrze takimi zapachami, że aż kręciło w nosie. Czasem przez drogę przebiegła sarna lub jeleń, spotykałem również zające i lisy (podczas jednego ze spacerów pomyliłem nawet mojego pieska z lisem), w oddali było słychać stukanie dzięcioła - prawdziwa sielanka. Na dodatek las mnie karmił. Latem chodziłem na jagody i poziomki, a jesienią na grzyby i owoce czeremchy (którymi zajadałem się ze smakiem). Wielokrotnie myślałem, żeby zamieszkać w nim (choć na kilka dni), ale bałbym się być w lesie sam w nocy...

Natomiast moja tajemnicza choroba (o której lekarze nadal nic nie wiedzieli) chwilowo się zatrzymała. Tak jak przyszedłem ze szpitala w wieku ośmiu lat z usztywnionymi ramionami (których nie mogłem podnieść do góry), tak przez następne kilka lat stan mojego zdrowia nie ulegał żadnym zasadniczym zmianom. Miewałem czasami bóle mięśni, lecz nie były one zbyt gwałtowne, więc przypisywałem je zmianom pogodowym. Dopiero gdy wkroczyłem w wiek nastoletni, to choroba zaczęła coraz bardziej się nasilać.
Pierwszy gwałtowny atak FOP miałem po ukończeniu dwunastego roku życia. Kładąc się do łóżka wieczorem, nawet w najśmielszych marzeniach nie przypuszczałem, że następny dzień zmieni się dla mnie w koszmar.
Rano obudziłem się jak zwykle, czułem jedynie takie dziwne zdrętwienie w całym ciele. Dopiero przy śniadaniu spostrzegłem, że poruszanie szczęką sprawia mi okropny ból. Moja choroba w ciągu zaledwie dwunastu godzin błyskawicznie zaatakowała żuchwę i unieruchomiła ją na dobre. Mogłem otworzyć usta na maksymalnie pół centymetra, lecz ruszanie szczęką przeszywało moje ciało falami niewyobrażalnego cierpienia. Nie wiedziałem co się ze mną dzieje. Cieniutki, nieomal przezroczysty plasterek żółtego sera jadłem w wielkiej męce ponad godzinę, a każde ugryzienie wyciskało mi z oczu łzy bólu. Oprócz płynów był to jedyny mój posiłek tego dnia. Bardzo tego dnia cierpiałem, dopiero porcja silnych tabletek przeciwbólowych przyniosła mi chwilową ulgę. Po kilku dniach ból powoli ustąpił, ale nie mogąc już otworzyć szeroko ust, każdy posiłek musiałem jeść rozdrobniony.
Moja rodzina próbowała oczywiście walczyć z chorobą, czyż jednak można wygrać walkę z wrogiem, o którym nic nie wiadomo?
Jeździłem po różnych zielarzach, "cudotwórcach" i kręgarzach, jednak żaden z nich nie był w stanie mi pomóc. Traciliśmy tylko czas oraz pieniądze. Zjeździłem całą Wielkopolskę w poszukiwaniu kogoś, kto mógłby mi pomóc, lecz rezultaty leczenia były mizerne. Nawet ów sławny "cudotwórca" Harris nie był w stanie poprawić stanu mojego zdrowia, również spotkanie z rosyjskim uzdrowicielem Kaszpirowskim nie przyniosło żadnego pozytywnego rezultatu.
Powoli już traciłem nadzieję, że będę jeszcze zdrowy, gdy od znajomych usłyszałem o pewnym znakomitym lekarzu z Leszna. Człowiek ten, mając w sobie potężne bioprądy, wyleczył swojego syna, który poruszał się na wózku inwalidzkim. Jego doskonała opinia natchnęła mnie myślą, aby wybrać się do niego z wizytą. Ów bioenergoterapeuta "przebadał" mnie swoimi bioprądami i rzekł do mojej mamy:

- Niestety, choroba Pani syna jest już zbyt zaawansowana, abym mógł go z niej wyleczyć. Mogę jedynie spowolnić jej działanie, chociaż będziemy jeszcze próbowali z nią walczyć. Gdyby Tomek trafił do mnie wcześniej, to niewykluczone, że uleczyłbym go całkowicie.

Gdy mama wyciągała portfel, aby zapłacić za wizytę, lekarz powiedział:

- Proszę schować te pieniądze, umówimy się tak, że jeśli pomogę Pani synowi, to zaprosi mnie Pani na dobry koniak.

Przez następne trzy lata jeździłem z mamą co miesiąc na wizytę do Leszna. I rzeczywiście - choroba stanęła w miejscu. Lecz ponieważ te dojazdy były dla nas trochę kosztowne (najpierw samochodem 10 kilometrów do stacji kolejowej, a następnie pociągiem do Leszna), mama uznała, że nie ma sensu jeździć na dalsze zabiegi. Być może to był błąd z mojej strony, gdyż po zrezygnowaniu z tych zabiegów moje zdrowie stopniowo znów zaczęło się pogarszać.
Mama oczywiście nie zrezygnowała tak do końca z walki o mnie. Wciąż jeździliśmy po różnych lekarzach, próbowała nadal znaleźć kogoś, kto by mi pomógł, lecz robiła to już raczej z nawyku niż przekonania. Po dziewięciu latach moja choroba wygrała w walce z wiarą mamy w moje uzdrowienie...

Wróć do spisu treści | Wróć do menu głównego