Epilog - Prywatna strona Tomasza Przybysza

Prywatna strona Tomasza Przybysza
Przejdź do treści

Menu główne:

Epilog

Epilog



Czy moje marzenia się spełniły? Niestety, życie jeszcze raz pokazało jak potrafi mnie zaskakiwać...
Po moim liście Agnieszka przestała do mnie pisać. Gdy czekałem na jej list, często ogarniał mnie smutek i zaczynałem mieć coraz bardziej ponure myśli. Miałem już dosyć tego przeklętego życia, lecz nawet nie przypuszczałem co mnie wkrótce czeka...
Pod koniec lutego 2000 roku zadzwonił do mnie wujek z pytaniem czy odbieram program Planette. Nie miałem go w swojej ofercie satelitarnej, więc obiecał mi nagrać na wideo jakiś film dokumentalny. Pojawił się wkrótce i przywiózł mi obiecaną kasetę. Gdy zostałem sam, włączyłem wideo i... to co obejrzałem sprawiło, że znienawidziłem mojego życia jeszcze bardziej. Z filmu dowiedziałem się prawdy o mojej chorobie - prawdy tak strasznej, że wolałbym jej nigdy nie poznać. Okazało się, że przez ponad dwadzieścia lat nie wiedziałem na co rzeczywiście choruję. Naprawdę nazywała się Fibrodysplasia Ossificans Progressiva (FOP) i była moim "genetycznym koszmarem".
Z początku myślałem, że to może pomyłka, ale z każdą minutą obejrzanego filmu, z każdą nową informacją utwierdzałem się w przekonaniu, że to jest moja choroba. Zgadzały się wszystkie fakty - zniekształcony duży palec u nogi, początkowe objawy, sposób postępowania, powolne sztywnienie mięśni, "przebłyski" chorobowe - to była cała prawda o FOP.
Początkowe przerażenie przeszło w rozpacz. Wielokrotnie zastanawiałem się: "Dlaczego ja?", ale nie potrafiłem odpowiedzieć sobie na to pytanie.
Najbardziej mnie zabolała wiadomość, że FOP jest nieuleczalna. Gdybym miał jakąś iskierkę nadziei, że kiedyś wstanę z wózka, że będę całkowicie zdrowy, to jeszcze mógłbym się jakoś pogodzić z chorobą. Ale informacja o bezsilności lekarzy całkiem już mnie dobiła. Na szczęście nie byłem sam, przychodziły do mnie przyjaciółki, więc powoli odzyskiwałem dawną pogodę ducha.

Postanowiłem dowiedzieć się o swej chorobie jak najwięcej. Razem z wujkiem nawiązaliśmy poprzez Internet kontakt z amerykańskim stowarzyszeniem IFOPA, które zajmowało się badaniami nad Fibrodysplazją. Ten kontakt był trochę problematyczny, gdyż nie posiadałem dostępu do Internetu. Zatem listy pisałem normalnie, wysyłałem je zwykłą pocztą do wujka, a on w swojej firmie tłumaczył je na angielski i wysyłał do Stanów przez Internet. Odpowiedzi uzyskiwałem w ten sam sposób.
Dopiero w maju rozpoczęła się moja przygoda z globalną siecią informacyjną. Dzięki uprzejmości wujka otrzymałem modem i jeszcze w tym samym dniu miałem swoją własną skrzynkę pocztową. Z Telekomunikacji otrzymałem prezent w wysokości stu darmowych impulsów do wykorzystania przez trzy miesiące w Internecie, zatem mogłem zacząć uczyć się nowego środowiska. Szybko nauczyłem się podróżować w Sieci, szukać potrzebnych mi informacji, wysyłać e-maile. Coraz bardziej poznawałem język angielski, dzięki któremu mogłem już samodzielnie korespondować z IFOPA.
Właśnie wtedy zacząłem szukać w Internecie wszelakich danych na temat FOP. Przekonałem się, że po polsku nie ma o niej żadnych stron internetowych, zaś ze stron angielskojęzycznych większości tekstu nie byłem w stanie zrozumieć. Lecz dzięki pomocy znajomego przetłumaczyłem książkę o FOP otrzymaną z IFOPA, tak więc mogłem o mojej chorobie dowiedzieć się czegoś więcej.

W lipcu zacząłem zastanawiać się nad stworzeniem własnej strony internetowej. W końcu miałem dostęp do Internetu, więc mógłbym także tą drogą zaistnieć w "szerokim świecie". Myślałem także o stworzeniu pierwszej polskiej strony z informacjami o FOP.
Po długich poszukiwaniach odpowiedniego programu do projektowania stron internetowych zabrałem się wreszcie do pracy. Z początku za bardzo nie wiedziałem co umieścić na tej stronie, ale po namyśle oprócz informacji o Fibrodysplazji postanowiłem zamieścić na niej także moją biografię oraz dawną twórczość poetycką. Miałem z tym wszystkim mnóstwo roboty, ale myśl, że będę posiadał własna stronę WWW dawała mi wiele satysfakcji i zadowolenia oraz sił do dalszej pracy nad projektem.
Ani się obejrzałem jak lipiec miał się ku końcowi. Ale i moja strona była już gotowa. Oprócz tłumaczenia książki o FOP zamieściłem na niej moją biografię podzieloną na rozdziały, wiersze pisane przed laty, a także kilka informacji o mnie wraz ze zdjęciem. Znalezienie odpowiedniego serwera, który oferował miejsce na darmową stronę WWW było tylko kwestią kilku dni. Więc w połowie roku po raz pierwszy zaistniałem w Internecie.

Zacząłem mieć coraz większe problemy z uzębieniem. Ze względu na słabe rozwarcie ust oraz blokadę ramion nie mogłem sobie normalnie umyć zębów, szczoteczki odpowiednio długiej nie znalazłem (a elektryczne kosztowały majątek), więc trochę je zaniedbałem. Dopiero gdy coraz częściej zaczęły mnie boleć, postanowiłem coś z tym zrobić.
Usłyszawszy o dobrej dentystce ze Śremu postanowiłem do niej zadzwonić (przemawiał za nią także fakt, że gabinet miała na parterze, bez schodów, więc nie byłoby żadnych problemów z wjazdem moim wózkiem). Po krótkim przedstawieniu siebie i swojego stanu chorobowego umówiliśmy się na wizytę u niej w gabinecie.
2 sierpnia około godz. 9.30 wyruszyłem na pieszą wyprawę do Śremu. Jako kierowca towarzyszyła mi moja sąsiadka Edyta. Przy okazji postanowiliśmy po drodze odwiedzić Kasię.
Jak to w sierpniu często bywa - od samego rana panował wtedy straszny upał. Słońce świeciło bardzo mocno, na niebie nie było ani jednej chmurki, po prostu "małe piekiełko". Na szczęście wziąłem ze sobą parasol do osłony przed słońcem, inaczej dotarłbym do Śremu z udarem mózgu.
Koło południa byliśmy już u Kasi. Wyglądała jak zwykle prześlicznie i na jej widok przestałem się bać tej wizyty u dentystki. Było mi tam tak dobrze, że nie miałem ochoty dalej iść. Niestety, myśl o moich problemach z zębami zmusiła mnie aby ruszyć w dalszą drogę.
Była to już godz. 14, a więc największe gorąco. Na dodatek w Śremie był potworny ruch samochodowy, tak więc mieliśmy małe problemy z przekraczaniem jezdni. Z wolna jednak dochodziliśmy do celu.
Czułem wielki głód (od rana poza śniadaniem nie miałem nic w ustach), do wizyty miałem jeszcze około półtorej godziny, zatem postanowiliśmy z Edytą iść jeszcze na obiad. Wybraliśmy chińską restaurację, gdyż byłem ciekawy smaku egzotycznych potraw. Kurczak po chińsku był wyborny.
Ale czas już był na dojście do gabinetu dentystycznego. Na miejscu byłem punktualnie. Akurat nikogo nie było, więc zostałem od razu przyjęty. Najpierw rozmawiałem z panią stomatolog o stanie moich zębów, o mojej chorobie, aż wreszcie przystąpiła do dzieła. Otworzyłem usta najmocniej jak mogłem, a ona zaczęła mi wiercić w zębie. Dwa lub trzy razy "zahaczyła" o nerw, a mnie wtedy z bólu włosy stawały dęba. Przy płukaniu rozwierconego zęba lodowatą wodą myślałem że oszaleję. To już jednak była końcówka zabiegu.

- Teraz włożę Panu do zęba truciznę, która zatruje ten ząb, a za tydzień go zaplombujemy.

Ta operacja była już całkowicie bezbolesna. Potem krzątając się po gabinecie jeszcze ze mną rozmawiała, po minucie poczułem, że robi mi się gorąco, przed oczyma zaczęły mi latać mroczki, zdążyłem jeszcze powiedzieć: "Słabo mi" i straciłem przytomność w ciągu trzech sekund.
Nie wiem jak długo byłem nieprzytomny, prawdopodobnie około 10 minut. Oczy miałem otwarte, ale zupełnie nie kontaktowałem (jakbym umarł). Dentystka błyskawicznie wyjęła mi truciznę z zęba i razem z Edytą zaczęły mnie cucić, aż wreszcie odzyskałem świadomość i zacząłem wymiotować. Byłem biały jak prześcieradło i taki słaby, jakbym wrócił z zaświatów. Przez dłuższy czas nie byłem w stanie nic powiedzieć, tylko wciąż pozbywałem się zawartości żołądka.
Wyglądałem tak strasznie, że dentystka postanowiła zadzwonić po karetkę. Przyjechali szybko, z początku nie chcieli zgodzić się na odwiezienie mnie do domu, ale gdy zobaczyli w jakim jestem stanie, gdy usłyszeli, że do domu mam 17 km, na dodatek jeszcze zaczęło zbierać się na burzę - podjechaliśmy pod szpital i po krótkiej konsultacji z lekarzem postanowili mnie odwieźć.
W domu natychmiast położyli mnie do łóżka i zapadłem w głęboki sen. Obudziłem się po czterech godzinach cały mokry od potu, wypiłem trochę herbaty i znów zasnąłem. Na drugi dzień obudziłem się silniejszy, a po kilku dniach całkowicie doszedłem do siebie.

Pod koniec sierpnia rozpoczął się kolejny epizod w moim życiu, który doświadczył moją osobę.
Stowarzyszenie IFOPA organizowało w listopadzie sympozjum poświęcone chorobie FOP. Na to sympozjum miało przyjechać ponad stu naukowców i lekarzy, a także chorzy z całego świata. W głębi duszy marzyłem o wyjeździe na to sympozjum, ale ten straszliwie wysoki koszt przelotu i pobytu...
W jednej z rozmów telefonicznych z moją radiową przyjaciółką Arletą opowiedziałem jej o moim marzeniu - wyjeździe na sympozjum. Arleta poddała mi myśl, abym napisał do Stanów i poprosił stowarzyszenie o sfinansowanie tej wyprawy. Trochę się wahałem, ale w końcu zgodziłem się. Napisałem e-maila do Sharon, wiceprezesa IFOPA, z prośbą o pomoc. Ku mojej ogromnej radości Sharon zgodziła się mi pomóc. Bilety lotnicze miała mi sfinansować pewna rodzina z Peru, natomiast pobyt w hotelu opłaciło mi stowarzyszenie IFOPA.
Ponieważ do wyjazdu zostało zaledwie dwa miesiące, więc musiałem szybko zabrać się za przygotowania. Wyrobić sobie paszport, wizę... i wszystko korespondencyjnie lub przez telefon, gdyż sam nie mogłem nigdzie jechać. Ale z wolna jakoś to wszystko szło.
Najważniejszy problem był ze znalezieniem kogoś do opieki. Mama zaczynała pracę jako palacz w szkole, więc nie mogła ze mną jechać. Ewa, która tak wspaniale opiekowała się mną w Mielnie, była świeżo po ślubie i również nie mogłaby ze mną wyruszyć w taką podróż. Edyta wyjechała, Arleta zmieniała pracę - jednym słowem nikogo. Wysłałem nawet kartkę do Agnieszki, ale nie odpowiedziała na nią.
Aż wreszcie pomyślałem o Kasi. Wprawdzie była mężatką, miała małą córeczkę, ale chyba przez tydzień daliby sobie radę bez niej? Myśl wcieliłem w czyn. Zadzwoniłem do Kasi i opowiedziałem jej o wyjeździe na sympozjum. Z początku trochę się wahała, ale w końcu zgodziła się pod warunkiem, że na jej wyjazd zgodę wyrazi jej mąż. Najpierw był on temu przeciwny, ale gdy dowiedział się, że całą podróż mamy opłaconą, to w końcu dał nam swoje błogosławieństwo.

Ponieważ mój stan uzębienia wcale się nie poprawił po wizycie u dentystki, postanowiłem zatem iść na profesjonalny zabieg chirurgiczny. Trochę się obawiałem czy po tej operacji moja choroba nie zablokuje mi całkowicie żuchwy, ale musiałem podjąć ryzyko, gdyż odczuwałem coraz silniejsze bóle zębów.
Zabieg w jednym z poznańskich szpitali (tylko tam mieli odpowiedni sprzęt do przeprowadzenia takiej operacji) miałem wyznaczony na 27 września, na godz. 10 rano. Wstałem już o godz. 6.30, aby się uszykować na godz. 8 na przyjazd karetki. Byłem taki zdenerwowany, że nie mogłem przełknąć śniadania.
Karetka przyjechała szybko, zapakowali mnie i wózek, ponieważ jednak w przekazie nie było napisane nic o mamie, musiała jechać do Poznania autobusem.
Podróż trochę trwała, gdyż z powodu remontów dróg musieliśmy jechać objazdami. Gdy dotarliśmy na miejsce, mamy jeszcze nie było. Przybyła kilka minut później.
Wjechaliśmy na oddział chirurgiczny, przywitałem się z lekarzami i pod salą operacyjną czekałem na panią anestezjolog. Trochę się trząsłem, ale to chyba z nerwów, gdyż na oddziale było ciepło. Po kilkunastu minutach pani anestezjolog wreszcie przyszła. Myślała, że jestem już operowany, ale odparłem, że bez niej nikt nie śmie mnie dotknąć. Ten żart trochę mnie rozluźnił i już nie byłem taki spięty.
Zawieziono mnie na salę operacyjną i posadzono w bardzo wygodnym fotelu. Założyli mi elektrody od EKG na piersi, a także igłę do podawania środków znieczulających dożylnie. Rozmawiałem sobie z panią anestezjolog, a ona w tym czasie dała mi kilka zastrzyków. Powiedziała, że mogę odczuwać iż mam za małą głowę, a mnie już zaczęło się w niej kręcić, jakbym był pijany. Potem poszła na sąsiednią salę (gdzie też odbywała się operacja), a przy mnie pojawił się stomatolog.
Najpierw wiertarką zaczął mi wiercić w zębach (niezbyt miłe uczucie, chociaż nie czułem żadnego bólu), a gdy już oczyścił dziury, wypełnił je cementem. Potem wziął szlifierkę i zaczął wygładzać ten cement. Gdy już ubytki miałem wypełnione, zrobił miejsce dentystce. Zaczęła się zabawa z wyrywaniem zębów. Potężną igłą zrobiła mi zastrzyk znieczulający w dziąsło, a potem próbowała wyrwać ząb. Jednakże ten wystawał z dziąsła zaledwie na milimetr, więc nie było go jak złapać. Dopiero któreś z kolei szczypce (było ich kilka sztuk i każde w innym rozmiarze) okazały się odpowiednie. Pchnęła nimi ząb i nie zdążyłem nawet poczuć bólu, a już był wyrwany. Z drugim było tak samo.
Wydawało mi się, że to wszystko trwa bardzo krótko, ale w rzeczywistości operacja trwała aż dwie godziny. Zawieźli mnie potem na oddział, gdzie położyłem się do łóżka i strasznie zmęczony i oszołomiony narkozą prawie natychmiast zasnąłem.

- Proszę Pana!!! Panie Przybysz!!! - obudziło mnie wołanie jednej z pielęgniarek.

Z trudem otwarłem oczy, jeszcze byłem osłabiony, ale powoli zacząłem dochodzić do siebie. O godz. 16 przyjechała po mnie karetka, tym razem wzięliśmy także mamę i wróciłem do domu. Przed pójściem spać zapobiegawczo wziąłem tabletkę przeciwbólową, ale szczęka mi nie dokuczała (była tylko trochę odrętwiała). Noc przespałem spokojnie, następnego dnia rano zjadłem małe śniadanie, chociaż bardzo ostrożnie (gryzłem lewą stroną, gdzie zęby miałem dobre). I gdybym nie widział w lusterku dziur po tych wyrwanych zębach i nie miał jeszcze lekko sztywnej żuchwy, to w ogóle nie wiedziałbym, że byłem na zabiegu dentystycznym. To był mój najprzyjemniejszy pobyt u stomatologa w całym moim życiu.

Rany w dziąsłach powoli się goiły, ale 19 października przeżyłem tragedię. W nocy obudziłem się z ustami wypełnionymi krwią. Okazało się, że naderwałem językiem skrzep z dziąsła i zaczęła się z niego sączyć krew. Ale myślałem, że do rana przestanie.
Przez resztę nocy spałem jak zając pod miedzą, gdyż budziłem się co chwilę gdy miałem za dużo krwi w ustach. Rano wstałem już o godz. 8 i próbowałem jakoś zatamować krwawienie. Jednak bezskutecznie.
Około godz. 10.30 pojechałem z mamą do Śremu po odbiór paszportu. Stanęliśmy samochodem przed Urzędem Paszportowym, wyszła do mnie pani urzędniczka i po złożeniu dwóch podpisów otrzymałem paszport. Przy wyjeździe z uliczki zobaczyłem... Kasię. Zawołałem ją do samochodu i chwilkę rozmawialiśmy. Ponieważ z paszportami i wszystkimi dokumentami to właśnie Kasia miała jechać do ambasady amerykańskiej w Warszawie, więc umówiliśmy się, że wieczorem przyjedzie po wszystko do mnie.
Wróciliśmy do domu, lecz krwotok nie ustał. Próbowałem usta przepłukiwać zimną wodą, ale to przynosiło tylko chwilową ulgę. Około godz. 14 zdecydowaliśmy się zadzwonić po karetkę. Przyjechali w miarę szybko i pojechaliśmy do Śremu do szpitala. Chirurg chciał mi dziąsło zaszyć, ale mu wytłumaczyłem, że moja choroba ogranicza zabiegi chirurgiczne tylko do naprawdę poważnych przypadków.
Zabrał się do oczyszczania rany. Zaświecił taką silną lampę chirurgiczną z czterema żarówkami, zebrał nadmiar krwi gazikiem i nożyczkami zaczął wycinać ten naderwany skrzep. Ponieważ ja od rana poza kilkoma biszkoptami nic nie jadłem, lampa była bardzo gorąca, więc zaczęło mi się robić słabo, a przed oczami zaczęły mi latać takie mroczki (jak wtedy u dentystki). Poprosiłem o wyłączenie lampy, pielęgniarka zaczęła mnie wachlować jakimś ręcznikiem, zrobiło mi się trochę lepiej.
Włączyli z powrotem lampę, zrobiło mi się niedobrze i zacząłem wymiotować krwią (której przez cały dzień sporo się nałykałem). Dalszy zabieg trwał już bez lampy. Lekarz włożył do rany gazik i kazał mocno zagryźć. Potem zmienił gazik, polał ranę jakimś lekarstwem i kazał tak trzymać przez kilka godzin.
Wróciliśmy do domu. Pod wieczór ostrożnie wyjąłem gazik, ale krew już nie leciała. Obyło się bez szycia...

Kasia była u mnie po wszystkie dokumenty 19 października wieczorem, a następnego dnia wczesnym rankiem wyjechała do Warszawy do ambasady. Od samego rana byłem z lekka zdenerwowany, ale pocieszałem się myślą, że za kilka godzin będziemy już mieć wizy, a za kilka dni wyruszymy w naszą wspólną podróż.
Nagle moje myśli przerwał dzwonek telefonu. Ku mojemu zaskoczeniu dzwoniła Kasia - z Warszawy. Dowiedziałem się, że nie otrzymała wiz, gdyż były problemy z jej paszportem. Miała go jeszcze na panieńskie nazwisko, a potrzebny był aktualny. Niestety, nikt nas wcześniej nie uprzedził o tym fakcie.
Kazałem jej wracać do domu, a sam postanowiłem zadzwonić do Wydziału Paszportowego w Śremie z prośbą o wyjaśnienie o co chodziło z tym paszportem. Wyjaśniono mi, że chodzi tu o sprawy ubezpieczeniowe - gdybyśmy jechali prywatnie, to Kasia mogłaby mieć stary paszport, ale wyjazd opłacony przez moje stowarzyszenie był traktowany jako wyjazd służbowy i w tym wypadku paszport musiał być z aktualnym nazwiskiem. Poradzono mi także, abym skontaktował się z Dyrektorem ds. Paszportowych w Urzędzie Wojewódzkim w Poznaniu, gdyż tylko on mógłby mi pomóc.
Gdy Kasia wróciła do Wielkopolski, to wszystko udało mi się już załatwić. Umówiłem ją na rozmowę w poznańskim Urzędzie Wojewódzkim w sprawie wydania nowego paszportu, napisałem także wniosek opisujący naszą sytuację i proszący o jak najszybsze wydanie nowego paszportu (wyjazd mieliśmy za 10 dni).
22 października - w niedzielę wieczorem - zadzwoniłem do Kasi aby powiedzieć jej dokładnie jak ma załatwić nowy paszport. A tu przeżyłem prawdziwy szok: Kasia zaczęła mieć wątpliwości co do legalności naszego wyjazdu. W jej głosie słyszałem takie zrezygnowanie, jakby już nie chciała jechać. Z wielkim trudem udało mi się ją przekonać, że ten wyjazd do Filadelfii jest jak najbardziej legalny i bezpieczny.
Gdy następnego dnia po południu zadzwoniła do mnie i powiedziała, że nie dostała paszportu, to ogarnęła mnie fala smutku i pomyślałem że to już koniec. Na szczęście okazało się, że Kasia żartowała. Ale ten żart o mało nie przyprawił mnie o zawał serca!
Kolejne dni były dla mnie bardzo nerwowe. Nowy paszport Kasi mieliśmy otrzymać dopiero w czwartek. Postanowiłem jeszcze zadzwonić do ambasady amerykańskiej w Warszawie i spytać się czy można przyśpieszyć wydanie wiz. Podczas rozmowy straciłem resztkę nerwów, bo najpierw nie chcieli mnie połączyć z konsulem, a na dodatek pani rozmawiająca ze mną nie uznała naszej sytuacji za przypadek wyjątkowy i po prostu nie gwarantowała nam wydania wiz. Jedyną dobrą stroną tej rozmowy była wiadomość, że w przypadku wizy służbowej nie musimy umawiać się na spotkanie z konsulem, tylko przyjechać z dokumentami. Szkoda, że nie wiedzieliśmy tego wcześniej...

Nadszedł wreszcie 30 października. Kasia od rana była w Warszawie, a ja czekałem na telefon od niej. Czas wlókł się bardzo powoli, telefon nie dzwonił, a ja z każdą mijającą godziną coraz bardziej się denerwowałem. Jednakże nie traciłem nadziei, że wszystko będzie dobrze.
Dopiero po godz. 18 Kasia zadzwoniła. Była już w swoim domu i nie miała dla mnie dobrych wiadomości. Nie otrzymała wiz i o wyjeździe mogliśmy zapomnieć. Los chciał, że trafiła na tak wredną obsługę, że właściwie nie miała żadnych szans na otrzymanie wiz. Pani konsul miała chyba zły dzień, bo czepiała się wszystkiego, aż w końcu stwierdziła, że Kasia nie umiejąc jej wyjaśnić celu tego sympozjum, chce sobie wyjechać nielegalnie do pracy. Także mój wniosek o wydanie wizy nie został rozpatrzony pozytywnie, gdyż... nie stawiłem się osobiście w ambasadzie. Próżne zdały się tłumaczenia Kasi, że poruszam się na wózku inwalidzkim, że od Warszawy dzieli mnie 300 kilometrów, które nie mam czym pokonać - pani konsul nie chciała nawet obejrzeć mojego zdjęcia i kazała Kasi wyjść.
Gdyby myśli umiały zabijać, to prawdopodobnie w tym momencie ambasada amerykańska w Warszawie przestałaby istnieć...
Z wielkim smutkiem napisałem e-mail do Sharon, w którym wyjaśniłem jej powody, dla których nie przybędę z Kasią na sympozjum. Stowarzyszenie IFOPA próbowało jeszcze interweniować w ambasadzie, ale nawet mimo pomocy kongresmana z Waszyngtonu nic nie dało się już zrobić.
I tak oto świat moich marzeń zawalił się kompletnie. Straciłem już całkowicie nadzieję, że kiedykolwiek spełni się któreś z moich marzeń, poczułem się całkowicie odepchnięty przez wszystkich. Myślałem, że chociaż ten wyjazd będzie takim przezwyciężeniem pasma smutku, jaki ciągnie się za mną, ale widocznie los chciał inaczej...

Lecz najgorsze miałem jeszcze przed sobą. 31 października (w dzień naszego niedoszłego wyjazdu) wstałem osowiały i obojętny na wszystko. Śniadanie zjadłem bez apetytu i zabrałem się za poranną toaletę, gdy zadzwonił telefon. Dzwonił wujek pytając się o godzinę wyjazdu. Gdy dowiedział się, że nie lecimy - dostał wręcz szału. Zaczął mi wygadywać, że to wszystko to nie wina ambasady tylko moja, że gdybym nie trzymał wszystkiego dla siebie, tylko coś mu powiedział, to zawiózłby mnie do Warszawy swoim samochodem, że jestem nieudacznikiem - jednym słowem czułem się jak przestępca na rozprawie opuszczony nawet przez adwokata. Po kilku minutach zadzwonił powtórnie i powiedział, że w jego firmie wszyscy żałują, że nie poleciałem, że bardzo się zawiódł na mnie. Ja się w ogóle nie odzywałem, ale miałem już wszystkiego dosyć. I bez tego gadania byłem totalnie załamany. Gdyby nie Kasia, to byłbym gotów sobie coś zrobić. Tylko myśl o niej, że mogłaby się czuć winna mojej śmierci, powstrzymywała mnie od pokusy odejścia z tego okropnego świata.
Niemniej jednak przez cały dzień byłem jednym wielkim kłębkiem nerwów. Dopiero po południu włączywszy sobie moją ukochaną Celine Dion i słuchając jej romantycznych piosenek z wolna zacząłem się uspokajać. Po kilku utworach poczułem, że po policzkach płyną mi łzy. Nie płakałem, tylko łzy płynęły mi same. Razem z nimi spłynęły z mojej duszy te wszystkie nerwy i wieczorem moja psychika była już w porządku.
1 listopada miałem ochotę uciec z domu. Już nawet planowałem wyjść sobie na spacer i wrócić dopiero wieczorem, gdy wszyscy goście już sobie pojadą i nie będą żerować na mojej osobie. Ale ku mojemu zaskoczeniu cała rodzina zachowywała się nad wyraz miło. Widzieli, że jestem załamany i pewnie dlatego nikt już nie mówił, że to wszystko stało się z mojej winy...

Zastanawiałem się później co będzie ze mną i Kasią. Czy czasem nie będzie czuła się winna całej tej sytuacji i nie będzie mnie unikać? Ale podczas naszej rozmowy moje wątpliwości rozwiały się całkowicie, gdy o następnym Sympozjum mówiła w liczbie mnogiej: "zaproszą nas", "będziemy załatwiać", "pojedziemy". Ucieszyły mnie te słowa, gdyż uświadomiłem sobie, że nic się między nami nie zmieniło i nadal jest tą słodką Katrin (jak ją pieszczotliwie nazywałem), którą z każdym dniem coraz bardziej uwielbiałem...

Mijał tydzień za tygodniem. Depresja, którą przeżywałem przez cały czas, zaczęła z wolna zanikać. Ale razem z depresją zaczęła w mym serduszku zanikać miłość do Agnieszki, a jej miejsce zajęła... Kasia. Nie wiem co się ze mną działo. Gdy słyszałem jej głos w słuchawce telefonu lub widziałem ją podczas wizyty u mnie, to czułem się jak zaczarowany. Powoli zacząłem sobie uświadamiać, że tak naprawdę Kasia była mi bardzo bliska przez te wszystkie lata naszej przyjaźni, tylko ten fakt dotarł do mnie dopiero teraz.
Niestety, małżeństwo Kasi kładło się głębokim cieniem na tę miłość. Choć serce mi pękało z bólu, postanowiłem zapomnieć o tej miłości, gdyż nie chciałem stać się powodem rozpadu jej małżeństwa. Ale czy można rozkazać słońcu aby przestało świecić? Mimo tych wszystkich cierpień jakie przeżywałem, nie potrafiłem wyrzucić Kasi z mojego serca...

W Nowy Rok 2001 wkroczyłem w nijakim nastroju. Nie wiedziałem co mi przyniesie to nowe stu- i tysiąclecie, ale znając mój dotychczasowy żywot nie spodziewałem się niczego dobrego. I nie pomyliłem się - los najpierw mnie pochwalił, a zaraz potem skarcił.
W pierwszych dniach stycznia otrzymałem wiadomość od Sharon, że nareszcie otrzymali bilety lotnicze, które wysłałem im w połowie listopada. Naprawdę - poczta postarała się w tym przypadku, aby przesyłkę do Stanów przesyłać przez dwa miesiące (gdy zwykłe listy docierały do Sharon w przeciągu maksimum dwóch tygodni). Bardzo się ucieszyłem z dotarcia tej przesyłki na miejsce, gdyż przecież bilety kosztowały 5000 dolarów i doprawdy nie wiedziałbym co powiedzieć Sharon gdyby przesyłka zaginęła. W końcu oni mi zaufali przysyłając bilety do mnie...

Jednakże wkrótce mój dobry nastrój uległ pogorszeniu. 8 stycznia zadzwoniła do mnie Kasia. Dowiedziałem się strasznych rzeczy o jej mężu, o tym jak ją traktuje, a ponieważ Kasia miała już tego wszystkiego dosyć, więc postanowiła wyjechać do mamy do Bogatyni.
Gdy mi powiedziała, że właśnie się pakuje i po południu jedzie autobusem do mamy, to nie wiedziałem co mam powiedzieć. Połowa mego serduszka zawołała: "Nareszcie!". Nareszcie Kasia zrozumiała, że powinna odejść od człowieka, który ją traktuje jak przedmiot. W końcu moja mała Katrin też zasługuje na odrobinę szczęścia. Natomiast druga połowa mojego serca rozpłakała się, gdyż ogarnęło mnie takie przeczucie, że właśnie tracę moją ukochaną. Wprawdzie Kasia mi obiecała, że nie zapomni o mnie, ale wiedziałem z własnego doświadczenia jak to jest z miłością na odległość - im większa odległość od ukochanej, tym ta miłość jest boleśniejsza. Obiecaliśmy oczywiście pisać do siebie listy, dzwonić (choć z powodu kosztów te rozmowy nie będą zbyt długie), ale czegoś się bałem. Nawet Celine Dion nie pomogła mi przepędzić tego smutku z powodu wyjazdu Kasi...
Wyjechała po południu, a ja nie wiedziałem co mam ze sobą zrobić - czy się cieszyć, że Kasia nie będzie już więcej cierpieć, czy też smucić, że mogę ją stracić na dobre. Teraz miała zamieszkać z rodzicami w Bogatyni, a chociaż mówiła, że na razie nie chce się z nikim wiązać, to jednak zacząłem się bać, że w końcu kogoś pozna i zapomni o mnie. Choć nie wiedziałem czy mam jakiekolwiek szanse u niej, to jednak przyzwyczaiłem się do myśli że może kiedyś będzie ze mną. W końcu Kasię znałem dłużej niż Agnieszkę, więc chyba pokochałem ją mocniej. Chociaż traktowałem ją bardziej jak przyjaciółkę niż jako ukochaną, to jednak zawsze była mi bardzo bliska. A teraz to okropne przeczucie, że znów tracę panią mego serca...
Marzec upłynął mi pod znakiem Internetu. Odkryłem coś, czego jeszcze nie próbowałem - grupy dyskusyjne. Właściwie to miałem kontakt z grupą dyskusyjną ze Stanów, ale z powodu bariery językowej byłem raczej biernym jej uczestnikiem. A tu dzięki artykułowi w jednej z gazet komputerowych zobaczyłem, że istnieją także polskie grupy dyskusyjne. Poznałem na nich wiele osób, z niektórymi nawet się zaprzyjaźniłem...

Ostatniego dnia marca wybrałem się na mały spacer do Krajkowa - pobliskiej wsi położonej malowniczo nad Wartą. Od kilkunastu dni siedziałem bez przerwy w domu, więc z prawdziwą przyjemnością skorzystałem z okazji aby się nieco przewietrzyć. Przez cały czas myślałem o Kasi, żałowałem że jej nie ma, bo miałem straszną ochotę ją zobaczyć...
Moje życzenie o Kasi spełniło się, ale z małym opóźnieniem. W poniedziałek, 2 kwietnia, po południu zadzwoniła do mnie z domu. Postanowiła wrócić i dać mężowi ostatnią szansę. Posmutniałem trochę, gdyż mimo tego wszystkiego co napisałem jej w liście zdecydowała się na powrót. Ale to miał być ostatni raz...

Wielokrotnie zastanawiałem się czy wyjawić Kasi, że jest panią mego serca. Nie chciałem jednak aby pomyślała sobie, że skoro jej małżeństwo przeżywa kryzys, to ja próbuję wykorzystać sytuację. Nie wiedziałem także czy po tym wyznaniu Kasia nie zniknie z mego życia tak samo jak Agnieszka (a do tego nie chciałem dopuścić). W grę wchodziła także moja chorobliwa nieśmiałość. Chociaż wiele razy wyobrażałem sobie taką sytuację, to gdy słyszałem głos Kasi w słuchawce telefonu, nie mogłem wykrztusić ani słowa.
Jako człowiek doskonale obeznany z literaturą postanowiłem wtedy napisać do niej list. Pisanie zawsze lepiej mi wychodziło niż mówienie. Przelałem na papier wszystkie moje uczucia, ale mimo to nadal nie mogłem zdobyć się na to, aby wręczyć Kasi ten list. Chociaż dla mnie nic on nie zmieniał (poza faktem, że moja ukochana dowiedziałaby się o wszystkim), to dla Kasi musiałby być prawdziwym szokiem - oto dowiaduje się, że jej przyjaciel kocha ją nade wszystko. Sam nie wiem co bym zrobił na jej miejscu...

Nie musiałem zbyt długo czekać, aby wręczyć Kasi ten list. W poniedziałkowy poranek 14 maja siedziałem przy śniadaniu, gdy zadzwonił telefon. Intuicja mi podpowiadała, że coś się stało. I miałem rację - Kasia chciała się ze mną pożegnać, gdyż wyjeżdżała na dobre. Była już częściowo spakowana i czekała na przyjazd rodziców. Obiecała jednak, że gdy w następnym tygodniu przyjedzie się wymeldować i po resztę swoich rzeczy, to wpadnie do mnie z wizytą. Pomyślałem sobie, że nadszedł wreszcie czas na wyjawienie prawdy.
Ten tydzień wlókł się jak ślimak pod górkę. Na szczęście "wszystko mija, nawet najdłuższa żmija". W środę, 23 maja siedziałem przy komputerze i czekałem na obiad. Nagle przez okno zobaczyłem kogoś idącego chodnikiem. Po chwili rozległo się pukanie do drzwi mojego pokoju. Drzwi się otwarły i ujrzałem Kasię. Ze szczęścia serce zaczęło mi bić tak głośno, że było je chyba słychać w całym domu. Jeszcze nigdy Kasia nie wyglądała tak ślicznie - wprost nie mogłem oderwać od niej wzroku. Rozmawialiśmy tylko kilka minut, gdyż spieszyła się, a żegnając się z nią zdobyłem się wreszcie na odwagę i wręczyłem jej moje miłosne wyznanie. Zaznaczyłem tylko, aby przeczytała je dopiero w domu.
Wyszła z pokoju, a ja poczułem się jakby zabrano mi cząstkę serduszka. Po kilkudziesięciu minutach przeszył mnie dreszcz niepokoju i pomyślałem sobie, że pewnie Kasia w tej chwili czyta mój list:


Droga Kasiu!!!

(...) Nie wiem jak Ci mam to wszystko wyjaśnić... Najprościej będzie założyć, że pokochałem Cię od pierwszego wejrzenia, gdy przed laty zobaczyłem Cię po raz pierwszy. Tak, to chyba zaczęło się wtedy...
Tego uczucia, którego wtedy doznałem, nie sposób wyrazić słowami. To było coś tak cudownego, że aż nierealnego. Na początku broniłem się przed tym rękoma i nogami, gdyż nie chciałem znów cierpieć, ale miłości nie sposób się oprzeć. Tak było też ze mną - miłość do Ciebie zawładnęła całym moim sercem i duszą. Przy Tobie czułem się wspaniale, byłem jak zaczarowany, po raz pierwszy w moim życiu poczułem lekki smak szczęścia. Twój wyjazd i późniejszy ślub zakłóciły moją równowagę psychiczną, ale w głębi duszy nie potrafiłem o Tobie zapomnieć. Mimo moich starań i wysiłków nadal moje serduszko szaleje na dźwięk Twojego głosu...
Natomiast teraz... Teraz chciałbym Ci powiedzieć jak bardzo stałaś mi się bliska, ale w żadnym języku nie ma takich słów, które w pełni oddadzą moje uczucia. Napiszę tutaj tylko tyle, że chciałbym abyś towarzyszyła mi w dalszym życiu, a ja ze swej strony obiecuję uczynić wszystko, abyś była przy mnie szczęśliwa...
(...) Usiądź teraz wygodnie, zamknij oczy i pomyśl o mnie. Pomyśl sobie o pewnym smutnym Tomku, który nigdy w życiu nie zaznał prawdziwej miłości, który dla ukochanej gotów byłby zrobić wszystko, który wreszcie odnalazł swój skarb, lecz nie wie czy może sobie ten skarb zatrzymać... Gdy z powrotem otworzysz oczy, Twoje serce podpowie Ci co masz uczynić...

Kocham Cię Kasiu...


Tomek



Mijał tydzień za tygodniem, a Kasia nadal nie dawała mi jednoznacznej odpowiedzi co do moich uczuć skierowanych w jej stronę. Wielokrotnie zastanawiałem się co ona teraz myśli o mnie, myślałem też czy nie popełniłem gdzieś jakiegoś błędu. Przypomniałem sobie jak to było z Agnieszką, jak ona "uciekła" ode mnie. Miałem coraz więcej wątpliwości czy powinienem wyznawać Kasi swoją miłość. Ale co się już stało, to się nie odstanie...

Kilkakrotnie rozmawialiśmy ze sobą przez telefon, ale Kasia nigdy nie poruszała tematu mojej miłości do niej. Choć próbowałem ją delikatnie nakierować, to unikała rozmowy na ten temat. Opowiadała mi o tym jaka jest szczęśliwa w rodzinnym domu, jak jej psychika powoli wraca do normy, ale nigdy nie wspominała o miłości.
Aż wreszcie zrozumiałem - Kasia zawsze traktowała mnie jak przyjaciela, jako powiernika swoich tajemnic, ale nigdy nie okazywała mi prawdziwej miłości. Pojąłem wtedy, że ona nie odwzajemni moich uczuć, nigdy nie przekroczy granicy przyjaźni. Zawsze będę dla niej tylko przyjacielem i "starszym braciszkiem". Ale mimo wszystko nadal jest najdroższą istotą dla mojego serca...


Dwukrotnie zakochałem się w cudownej dziewczynie i dwukrotnie moja miłość nie została przyjęta. Mówią, że do trzech razy sztuka.
Ale czy będę na tyle silny, aby przeżyć kolejną miłość?
Czy w ogóle warto?...

Wróć do spisu treści | Wróć do menu głównego