nowe życie

January 3rd, 2010

Moja nieobecność trwała trochę dłużej niż pisałem, ale już wróciłem i jestem. :-)
A co się przez ten czas zmieniło u mnie? No… trochę się działo…
Będąc w Górznie oczywiście podleczyłem trochę moje zdrowie, zarówno fizycznie jak i psychicznie. Jak zwykle ćwiczyłem z moimi rehabilitantkami, ale moje wrodzone lenistwo ;-) sprawiło że tym razem trochę mniej chodziłem. Ale obiecuję, że następnym razem się poprawię.
W pierwszym turnusie nie malowałem nowych obrazów, główną robotą wykonywaną przeze mnie i innych uczestników  terapii zajęciowej było robienie z gazety takich cienkich “rurek”, które następnie były wykorzystywane do wyplatania m.in. koszyczków, które po pomalowaniu i polakierowaniu wyglądały jakby były zrobione z wikliny.
Za to w drugim turnusie bawiłem się znowu w malarza, namalowałem kolejny ładny (podobno) obrazek z postacią  bajkową, który znów otrzymała mała Konstancja. Bardzo się ucieszyła z kolejnego prezentu ode mnie.
Towarzysko też było całkiem fajnie… dostałem pokój tak na uboczu, więc panował w nim względny spokój, a wieczorem to już całkiem było cicho. Zwłaszcza że współlokatorów miałem raczej takich spokojnych.
Był ze mną w pokoju mój przyjaciel Piotr, a dwa pokoje dalej mieszkała Karolina, która właściwie zamieszkała w naszym pokoju. Jedynie spać szła do siebie, a tak przez cały dzień była u nas.
Dlaczego? Hm… może przez to że lubiła nasze towarzystwo… może dobrze się tam czuła… a może dlatego że chciała być blisko mnie… wszystkie te odpowiedzi są prawidłowe. :-)
Ja też bardzo lubiłem przebywać w jej towarzystwie, właściwie przez całe 6 tygodni byliśmy jak papużki-nierozłączki, bo wszędzie chodziliśmy razem - na ćwiczenia, na posiłki, na terapię… gdy przyszła do nas rano przed śniadaniem, to wracała do siebie dopiero wieczorem gdy była już cisza nocna. Ale nigdy nie nudziliśmy się ze sobą, zawsze znaleźliśmy jakiś temat do rozmowy, słuchaliśmy muzyki, wygłupialiśmy się… po prostu zakochani. :-)
W końcu gdy się kogoś kocha, to chce się z tą osobą przebywać jak najczęściej, prawda? I tak właśnie z nami było.
Będąc w towarzystwie Piotra i Karoliny po raz pierwszy nie miałem “kryzysu piątego tygodnia” - gdy właśnie przed końcem drugiego turnusu jestem już zmęczony i chcę wracać do domu. Wręcz przeciwnie - gdyby to było możliwe, to zostalibyśmy na jeszcze jeden turnus. Ale już niedługo znów się tam spotkamy i myślę że znowu będzie tak fajnie jak ostatnio, a może nawet fajniej.
Teraz już wiecie co się działo w moim życiu, kto je tak bardzo zmienił, że większość moich znajomych w Górznie stwierdziła że jestem zupełnie inny niż przedtem. Sprawiła to moja kochana Karolinka… to dzięki niej często się śmieje, nie mam już stanów depresyjnych, zrobiłem się bardziej rozmowny - po prostu jestem szczęśliwy.
Nareszcie to szczęście w końcu mnie znalazło.  :-)

przed wyjazdem…

October 16th, 2009

Jutro wyjeżdżam sobie na 6 tygodni, więc przed wyjazdem trzeba trochę posprzątać, dokończyć zaległe sprawy no i przede wszystkim spakować się. :-)
Pewnie niektórzy zauważyli że moje strony mają nową szatę graficzną…
Zmieniła się konfiguracja mojego konta, szablony które służyły mi do stworzenia moich stron zostały usunięte, więc trzeba było coś wykombinować, zwłaszcza że spora część podstron generowała błędy. Jako człek trochę leniwy ;-) nie miałem ochoty dłubać ręcznie w html-u, więc rozejrzałem się po Internecie w poszukiwaniu jakiegoś fajnego edytora stron www z gotowymi szablonami. Trafiłem w końcu na WebSite X5 v8 Evolution (jest na moim Chomiku ;-) ) i to jest to czego potrzebowałem - po polsku, bardzo łatwe tworzenie stron, mnóstwo szablonów, wszystko wizualnie… wystarczyło tylko wybrać szablon, a kreator sam prowadził przez kolejne etapy tworzenia strony, a na końcu nawet sam wysłał gotową stronę na serwer. Cud, miód i orzeszki. :-)

A czy w moim życiu coś się zmieniło? Hm… generalnie chyba nie za bardzo. FOP na razie się zatrzymała, czasem mam tylko problemy z krążeniem (puchną mi nogi, robią się słabe). Ale w Górznie trochę się podleczę na hydromasażu i ćwiczeniach, więc przyjadę do domu podreperowany zdrowotnie.
W domu też mi nic nowego nie przybyło, w necie także nudy… to dobrze że wyjeżdżam, może przez ten czas ktoś za mną zatęskni. ;-)
To do usłyszenia w grudniu…

jesień

September 22nd, 2009

Dzień dobry. Czy ktoś mnie tu jeszcze pamięta? :-)
Dawno się nie odzywałem, ale jakoś tak leniwie mijał mi czas, że… zapomniałem o swojej stronie.
A poza tym nie było o czym pisać, bo wakacje minęły mi pod znakiem nudy. Każdy dzień wyglądał własciwie tak samo - śniadanie, komputer, obiad, komputer, kolacja, komputer, film, łóżko… Czasem tylko po obiedzie jeszcze był spacer, ale też niezbyt często. Gdy było upalnie to w ogóle nie wychodziłem z domu, bo z moją jasną cerą i problemami z krążeniem słońce i upały są dla mnie niebezpieczne.
Za to teraz pogoda jest w sam raz - słońce nie jest już takie ostre, temperatura nie przekracza 25 stopni, wiatru też za bardzo nie ma… więc trochę sobie jeżdżę po okolicy. Najczęściej do lasu, gdzie w ciszy idealnie odpoczywam, a przy okazji dotleniam swój organizm. Ale zdarza mi się także jechać szosą przed siebie… ot, po prostu byle jechać. Robię wtedy nawet po 20-25 km, a do domu przyjeżdżam zmęczony. Ale przynajmniej szybko wtedy zasypiam. :-)
Kilka dni temu obchodziłem swoje 36 urodziny. Napłynęło trochę życzeń (głównie SMSem i przez Naszą Klasę), a wieczorem siedząc przy szklance wina rozmyślałem trochę o swoim życiu. Wspominałem swoje poprzednie urodziny świętowane w Górznie, imprezę urodzinową z okazji 30-tych urodzin, urodzinowy szaszłyk nad morzem na ćwierć wieku życia…
Za każdym razem urodziny były okazją do robienia życiowych planów, a także do analizy czy te plany się udały (a jeśli nie to dlaczego). W ubiegłym roku takim planem było malarstwo… chciałem się trochę podszkolić w malowaniu, a potem tworzyć obrazy w swoim pokoju. Niestety, skończyło się na razie na planach, ale nie wykluczam że może kupię sobie tablet i będę malował na komputerze. Tak chyba by mi było łatwiej, przede wszystkim nie miałbym problemu z farbami i papierem.
Za niecały miesiąc - 17 października - znów moim domem stanie się Górzno. Kolejne 6 tygodni spędzone na rehabilitacji, malowaniu i życiu towarzyskim. Chociaż ostatnio tam byłem na przełomie maja i czerwca, to już się bardzo stęskniłem za tym miejscem i ludźmi tam pracującymi, za znajomymi których tam spotykam… cieszę się na myśl o tym wyjeździe i już powoli zaczynam odliczać dni do wyjazdu. :-)

wakacje

July 1st, 2009

Dzień dobry. :-)
Długo nie zaglądałem na moją stronę, ale przez półtora miesiąca przebywałem poza domem, a w Górznie jakoś tak nie było ani czasu ani chęci aby pisać. Tam zresztą miałem inne rzeczy do zrobienia. :-)
Oczywiście w pierwszej kolejności rehabilitacja oraz sztuka (malowanie obrazów), były także prace ręczne (szlifowanie desek używanych potem do malowania), informatyka (m.in. ściąganie i oglądanie na laptopie seriali), no i wieczorem życie towarzyskie. Byliśmy znów w tym samym pokoju co ostatnio (bardzo duży, gdzie spokojnie zmieściliśmy się wszyscy). Niestety, duży taras z przodu budynku był zamknięty, ale na szczęście obok w pokoju dziewczyn był balkon, więc gdy potrzebowałem trochę świeżego powietrza to nie musiałem jechać windą na dół, tylko wyszedłem sobie na balkon i już mogłem sobie odetchnąć.
Na początku czułem się dość kiepsko. Dopadały mnie takie dziwne stany depresyjne… wystarczył moment aby zrobiło mi się bardzo smutno i z oczu zaczęły mi płynąć łzy… nie miałem na to żadnego wpływu… nie myślałem o niczym co by mnie mogło zasmucić… po prostu taki jakiś dziwny atak smutku. Trochę zaniepokojony tymi stanami postanowiłem zgłosić się na wizytę do pani psycholog. Pierwsze nasze spotkanie trwało prawie dwie godziny. Opowiadałem jej o moich problemach, o moim życiu domowym, jednocześnie analizowaliśmy co mogło się przyczyniać do tych depresji. Podsunęła mi kilka pomysłów radzenia sobie ze smutkiem. Na szczęście nie było to na tyle poważne aby brać jakieś leki, poradziłem sobie bez chemii.
Miałem także swój sposób na smutek - zwalczałem go obojętnością. Siedziałem wtedy z wzrokiem utkwionym w jednym punkcie i starałem się o niczym nie myśleć. Oczywiście wyglądało to zupełnie inaczej - tak jakbym był bardzo zamyślony… wielokrotnie słyszałem wtedy pytanie “o czym tak myślisz?”. To też mi w jakiś sposób pomagało walczyć z tymi stanami depresyjnymi.
Ten smutek sprawił, że nie miałem nawet zbytnio ochoty na malowanie. Przez 6 tygodni namalowałem właściwie tylko dwa obrazy… w pierwszym turnusie fajnego Kubusia Puchatka, którego sprezentowałem małej Konstancji, a w drugim turnusie namalowałem takie małe domki. Ogólnie to nie miałem zapału do malarstwa, czułem się wciąż zmęczony…
Drugi turnus tak bardzo mi się ciągnął, chciałem już wracać do domu. Jeszcze nigdy nie miałem takiego kryzysu, jeszcze nigdy nie byłem tak bardzo zmęczony. Brakowało mi jednego - wsiąść w mój elektryczny wózek i jechać przed siebie…
Ale w końcu przyszedł 18 czerwca. Pożegnałem się z przyjaciółmi i wróciłem do domu. Zjadłem obiad, usiadłem przed komputerem, przejrzałem zaległą pocztę i newsy… ale czegoś mi znów brakowało. Miałem takie wrażenie jakby za chwilę drzwi od pokoju miały się otworzyć i przyszliby do mnie przyjaciele… tak jak w Górznie.
Po kilku dniach pogoda ustabilizowała się na tyle, że zdecydowałem się pojechać na spacer. Skierowałem się jak zwykle do lasu na Krajkowo, posiedziałem trochę między drzewami relaksując się w ciszy, wysłałem kilka SMSów i ruszyłem dalej. Nie chciałem jeszcze wracać do domu. Pojechałem w stronę rzeki Warty, potem skręciłem na Mosinę… jednak droga była taka dziurawa, że jechało się bardzo źle. W końcu dojechałem do Mosiny, nie zatrzymywałem się tylko jechałem dalej, w stronę domu. Przy wyjeździe z miasta złapał mnie mały deszczyk, ale przeczekałem go pod drzewem, a po mniej więcej godzinie dojechałem do Żabna.
Myślałem że spacer trochę mi pomoże, ale niestety… byłem bardzo zmęczony podróżą (zrobiłem około 24 km), ale nie przyniosło mi to ulgi, wciąż czułem jakieś napięcie. Ale po kilku dniach było już ok.
Teraz pogoda znowu się trochę rozregulowała… jest burzowo i bardzo gorąco… ale mam nadzieję że wkrótce znów będzie odpowiednia dla mnie - z temperaturą nie przekraczającą 25 stopni i lekkim zachmurzeniem… wtedy znowu ruszę w trasę gdzieś przed siebie bez celu…
A tymczasem wracam do swojego więzienia i do swoich zajęć. Do poczytania wkrótce…

wiosna

April 27th, 2009

Nareszcie…
Po prawie półrocznym pobycie w domu (z małą przerwą na styczniowy turnus w Górznie) nadeszła wiosna, na dworze zrobiło się cieplej i w końcu mogę wyjść na dwór. Jak to zwykle bywa - najpierw wyjeżdżam w jakiś ciepły dzień posiedzieć trochę przed domem, przyzwyczaić się do świeżego powietrza i słońca. Te pierwsze dni spędzone na dworze sprawiają mi wiele radości. Mogę się wygrzać na słoneczku, pooddychać pełną piersią… a często zdarza się tak, że puszczam sobie jakąś spokojną muzykę z komórki lub odtwarzacza mp3, zamykam oczy i się trochę relaksuję.
Następnie, gdy już przyzwyczaiłem swój organizm do zmiany otoczenia, to ładuję akumulatory w swoim wózku elektrycznym i wyruszam w podróż. Najczęściej jeżdżę do lasu, teraz gdy zrobili nam ścieżkę rowerową w tamtym kierunku, to mogę bezpiecznie jechać na łono przyrody, gdzie ładuję swoje akumulatory. Każda taka wyprawa sprawia, że mogę się odprężyć, wyciszyć, uspokoić… nie myślę wtedy o swoich problemach osobistych i zdrowotnych, tylko słucham śpiewu leśnych ptaków i zapominam o wszystkim…
Ostatnio odpaliłem sobie na komputerze AutoMapę i przeglądałem sobie mapę okolicy zastanawiając się gdzie tu mógłbym się wybrać na spacer. Okoliczne wioski zwiedziłem już wszystkie, podróż do Mosiny (ok. 9 km w jedną stronę) stała się już dla mnie rutyną. W ubiegłym roku byłem nawet w Jaszkowie w tej znanej stadninie koni.
Kusi mnie podróż do… Łodzi. Nie, nie obawiajcie się, nie zwariowałem aby wybierać się w podróż 200 km wózkiem elektrycznym, zwłaszcza że mój wózek ma zasięg ok. 40 km. W mojej okolicy również znajduje się miejscowość o tej nazwie - leży około 20 km od Żabna, tuż przed Stęszewem. Byłaby to dość długa podróż (najpierw do Mosiny, a potem na Stęszew), mniej więcej 2-2.5 godziny jazdy. Obejrzałbym okolicę, zrobił pamiątkowe zdjęcie prze tablicy z nazwą miejscowości i po krótkim odpoczynku powrót do domu. To byłaby moja pierwsza taka długa podróż wózkiem elektrycznym, niewykluczone że ją odbędę latem…
Teraz niestety nie mogę, bo powoli szykuję się na kolejny wyjazd do Górzna. Już 5 maja po śniadaniu zostanę zapakowany do samochodu, który mnie zawiezie do mojego drugiego domu pod Lesznem, gdzie zostanę do 18 czerwca. Więc na razie muszę dbać o siebie, oszczędzać się, abym miał siły do rehabilitacji. Gdyż, wbrew temu co sądzi wiele osób, ja nie jadę na wczasy, tylko do pracy - będę ćwiczył, malował kolejne obrazy, a to niestety nie jest takie łatwe jak wam się wydaje. Ale nie będę narzekał, bo właśnie po to jadę - aby ćwiczyć, aby usprawnić swoje zdrowie. No i oczywiście po to aby spotkać się z osobami, które tak bardzo lubię.
A więc do usłyszenia pod koniec czerwca, gdy wrócę z mojego raju…

samotność…

March 25th, 2009

Właściwie przez całe swoje życie byłem samotny. Już w dzieciństwie, gdy pojawiła się moja paskudna choroba, gdy dwa lata spędziłem w szpitalach… już wtedy odczuwałem samotność. Dokuczała mi zwłaszcza nocą, gdy niejednokrotnie z powodu bólu nie mogłem spać, tylko płakałem cicho w poduszkę. Niestety, nie było przy mnie nikogo, kto mógłby mnie wtedy przytulić i otrzeć łzy.
Reszta dzieciństwa też upłynęła mi samotnie. Jakoś tak nie odczuwałem ochoty na spotkania towarzyskie, głównie ze względu na moją chorobę oraz nieśmiałość. Wolałem sobie iść na spacer do lasu czy zamknąć się w pokoju i słuchać muzyki lub czytać książki. Bywałem czasem po sąsiedzku w restauracji, ale długo tam nie wytrzymywałem, towarzystwo innych osób szybko mnie męczyło…
Potem gdy choroba posadziła mnie na wózku inwalidzkim… wtedy już całkiem zamknąłem się w sobie. Najczęściej wtedy czytałem, książki sprawiały że moja wyobraźnia przenosiła mnie w odległy świat, daleko od mojej choroby i problemów. Gdy dostałem później swój pierwszy komputer, to stał się on dla mnie źródłem nowej wiedzy, a także sposobem na zorganizowanie sobie czasu. Mogłem przy nim siedzieć cały dzień - poznawałem jego tajemnice, uczyłem się jak optymalnie z niego korzystać, a także służył mi do celów rozrywkowych. I nie potrzebowałem innego towarzystwa…
Gdy rozpocząłem swoją przygodę z Internetem… na początku stał się on moim oknem na świat. Najpierw strony internetowe (zwiedzanie portali internetowych, stworzenie własnych stron), potem grupy dyskusyjne, komunikacja bezpośrednia (gadu-gadu, irc, czaty). Wszystko to tak bardzo mi się podobało, bo było na wyciągnięcie ręki, nie musiałem wychodzić z domu aby sobie z kimś porozmawiać.
Ale z czasem zaczęło mnie to męczyć. Każda nowa znajomość przebiegała według tego samego schematu - najpierw poznawanie się, częsty kontakt (mailowy lub przez gg), a potem… potem kontakt coraz rzadszy, coraz mniej wspólnych tematów, aż w końcu kontakt się urywał. I tak było bardzo często…
Teraz komputer znam na wylot, Internet też już mnie nie bawi… jeszcze tak z przyzwyczajenia sprawdzam garść moich ulubionych stron internetowych, z przyzwyczajenia ściągnę czasem jakąś nową grę czy film, z przyzwyczajenia posiedzę na gg. Ale coraz częściej mam tak, że siedzę, patrzę przez okno, ale nic nie widzę. Myślami błądzę gdzieś po moim wyimaginowanym świecie, oderwany od rzeczywistości… i coraz mniej pragnę kontaktu z innymi ludźmi. Zupełnie jakbym miał autyzm.
Te myśli żeby się całkowicie zamknąć w sobie, odizolować od reszty świata… przychodzą do mnie coraz częściej, są bardzo kuszące. Jeszcze jakoś się trzymam, ale ostatnio czuję się tak bardzo zmęczony życiem, choroba wysysa ze mnie energię… czasem gdy rano się budzę i otwieram oczy, to leżę w łóżku i nie mam ochoty wstać, chciałbym z powrotem zamknąć oczy i zasnąć na dobre. I tylko moja silna wola sprawia, że jednak wstaję…
Ciekaw jestem jak to długo jeszcze potrwa, kto wygra w tej nierównej walce? Mam nadzieję że to jednak będę ja…

choroba

March 3rd, 2009

Za oknem szaro i ponuro… a ja siedzę przed komputerem i szukając nowych wiadomości i stron o mojej chorobie rozmyślam o swoim życiu pełnym cierpienia.
Myślami wracam do okresu dzieciństwa gdy Fibrodysplazja zaatakowała po raz pierwszy. Już wtedy jej atak był bardzo bolesny, nie spodziewałem się jednak, że ten ból będzie już mi towarzyszył przez cały czas… bo nigdy mnie nie opuszcza. Czasem sobie żartuję, że gdy pewnego dnia obudzę się i nic mnie nie będzie boleć, to będzie znaczyło że umarłem…
Po powrocie ze szpitala starałem się żyć w miarę normalnie, ale nie do końca mogłem. Musiałem uważać na to co robię, aby nie doznać jakiegoś urazu (gdyż już wtedy byłem świadomy tego, że uderzenie się czy upadek może spowodować nowe ataki bólu), musiałem po prostu żyć nad wyraz ostrożnie, co dla dziecka nie jest takie proste. Ale nawet ta ostrożność nie zapobiegła kolejnym atakom FOP… aż w rezultacie zmuszony byłem zasiąść w wózku inwalidzkim.
Potem gdy dowiedziałem się prawdy o tej chorobie… to był dla mnie prawdziwy koszmar. Bo lepiej chyba nie wiedzieć do końca na co się choruje, mieć nadzieję że wszystko będzie dobrze… A ja dowiedziałem się wszystkiego od razu - zupełnie jak skazaniec, któremu odczytano wyrok - dożywocie bez prawa do wcześniejszego zwolnienia.
W pierwszej chwili załamałem się, bo nie mogłem sobie uświadomić, że moje zdrowie nigdy już się nie poprawi, że powoli będę coraz bardziej ograniczany ruchowo, aż w końcu… nie, tego nawet sobie nie wyobrażam i mam nadzieję że do tego nie dojdzie.
Wielokrotnie zadawałem sobie pytanie “dlaczego ja?”, czemu mnie spotkało coś tak strasznego jak FOP… do dziś nie znam odpowiedzi na to pytanie. Jeśli to nie jest przypadek, tylko świadome działanie Boga, to chyba wybrał odpowiednią osobę. Bo w życiu z Fibrodysplazją trzeba mieć bardzo dużo sił, zarówno tych witalnych jak i psychicznych. A ja… mimo że czasem chcę się poddać, bo mam już dość… to jednak coś mi mówi żebym się nie poddawał, żebym nie oddał swojego życia bez walki. I mimo okropnego bólu jaki mi towarzyszy każdego dnia, mimo braku nadziei na lepsze jutro… jakoś nie umiem się poddać. Będę walczył z FOP do samego końca, niech wie że ze mną nie pójdzie jej tak łatwo.
Pamiętajcie - nawet gdy wasze życie jest beznadziejne i bez przyszłości - nie poddawajcie się. Walczcie do końca…

Górzno…

February 11th, 2009

Witam po dość długiej nieobecności spowodowanej wyjazdem do mojego drugiego domu.
Pewnie się zastanawiacie co to jest za miejsce, w którym tak dobrze się czuję?
Mieści się ono niezbyt daleko ode mnie (Automapa szacuje trasą krótką na 45 km) - ok. 20 km od Leszna. Jest to miejscowość Górzno, w której mieści się Szpital MSWiA. To właśnie tam pojechałem po raz pierwszy prawie dwa lata temu. Czułem się wtedy trochę nieswojo, bo pierwszy raz wyjechałem z domu samodzielnie na trzy tygodnie (tyle trwa turnus rehabilitacyjny). Ale szybko nawiązałem nowe znajomości, poznałem się dobrze z personelem, także troszkę poprawiłem swój stan zdrowia…
Kolejny raz pojechałem do Górzna w październiku 2007 roku, trochę żałowałem że nie udało mi się dostać na turnus wrześniowy, gdyż wtedy była większość moich znajomych. Ale w październiku też się znakomicie bawiłem, na turnusie byłem przez 6 tygodni.
Następny wyjazd nastąpił w maju 2008 roku, gdyż tak się umówiliśmy na ten sam turnus. I to już się stało naszą tradycją - ja i moi przyjaciele umawialiśmy się na konkretny termin i staraliśmy się wszyscy przyjechać w tym samym czasie.
A co tam robiliśmy? Najważniejsza oczywiście była rehabilitacja. Każdy z nas miał swojego rehabilitanta (a właściwie rehabilitantkę, bo personel w większości był żeński), z którym ćwiczył indywidualnie na sali ćwiczeń. Ja oprócz ćwiczeń rozgrzewających ręce i nogi miałem także… naukę chodzenia. I przyznam się że całkiem nieźle mi to wychodziło, mój rekord w ostatnim turnusie to 36 metrów przebytych samodzielnie podpierając się jedynie moją laseczką. Całkiem nieźle jak na kogoś kto siedzi wciąż na wózku i na nogach porusza się tylko do łazienki czy do łóżka.
Za relaks były odpowiedzialne kąpiele w wannie z bąbelkami (hydromasaż). Codziennie od poniedziałku do soboty 20 minut w ciepłej wodzie gdy ciało było masowane biczami wodnymi sprawiało że mięśnie wspaniale się rozluźniały. Brakuje mi takiej wanny w domu. :-)
Mieliśmy także terapię zajęciową, na której odkryłem swój talent malarski. Najpierw dostałem deskę i papier ścierny aby ją wygładzić, potem pani Gosia prowadząca zajęcia narysowała mi wzór ołówkiem, a ja potem przy pomocy pędzelka i farb plakatowych bawiłem się w malarza. Oczywiście kolory dobierałem według własnego uznania, czasem tylko gdy miałem wątpliwości to pani Gosia doradzała mi…
Malowanie tak mnie zaczęło pasjonować, że zdecydowałem iż po powrocie do domu kupię sobie zestaw malarski i spróbuję już całkowicie samodzielnie czy mógłbym być następcą Picassa (nie mylić z Google Picassa). ;-)
A wieczorem po kolacji mieliśmy czas dla siebie… mogliśmy iść do świetlicy na telewizję, ale najczęściej spędzaliśmy czas w pokoju… rozmawialiśmy, słuchaliśmy muzyki, bawiliśmy się… było super.

Teraz już wiecie że jest takie wspaniałe miejsce w Wielkopolsce, gdzie czuję się jak w domu i dokąd z przyjemnością będę wracał, bo wspaniale tam odpoczywam i realizuję się towarzysko i artystycznie.

Jeśli chcecie zobaczyć jak tam jest, to zapraszam na oficjalną stronę internetową szpitala, odwiedźcie także nieoficjalną stronę, gdzie zobaczycie szpital oczami pacjentów.

książka

December 25th, 2008

Opowiem Wam dziś o moich marzeniach… dowiecie się czy któreś z nich się spełniło…

Jednym z moich marzeń było wydanie mojej biografii w formie książki. Póki co - na razie poza opublikowaniem jej na mojej stronie oraz przedruku w poznańskim miesięczniku dla osób niepełnosprawnych “Filantrop Naszych Czasów” nie miałem możliwości publikacji jej w formie pisemnej. Ale…
W 2006 roku otrzymałem informację o konkursie literackim dla osób niepełnosprawnych. Konkurs pt. “Moje losy” miał pokazać jak osoby niepełnosprawne potrafią opisać swoje życie. Pomyślałem że moja biografia idealnie się tam nada.
Opowieść o moim życiu wysłałem mailem (tak było najszybciej). Potem czekałem, czekałem i czekałem… aż w końcu dostałem powiadomienie o takiej małej imprezie, na którą zostałem zaproszony, a podczas której miano ogłosić wyniki konkursu, rozdać nagrody… przewidziano także występ artystyczny oraz czytanie fragmentów nagrodzonych prac.
8 grudnia 2006 roku dotarłem na Stary Rynek w Poznaniu, gdzie miało się odbyć zakończenie konkursu. Wśród osób tam przybyłych dostrzegłem kilka znajomych twarzy, zauważyłem także ekipę poznańskiej telewizji.
Impreza się rozpoczęła. Po kolei wzywano autorów prac na scenę, gdzie dostawali dyplom oraz prezent. Do mnie członkowie jury musieli podejść, bo nie dałem rady wjechać wózkiem na scenę. Przy wręczaniu mi dyplomu… zgasło światło. :-) Nie zdobyłem żadnego z pierwszych miejsc, ale wyróżnienie także bardzo mnie ucieszyło.
Po kilku miesiącach redaktor naczelny miesięcznika “Filantrop” przysłał mi maila, że zaczyna starania o znalezienie sponsorów i wydanie wszystkich prac w książce. Trwało to sporo czasu, ale w końcu w maju 2008 roku zrobił mi prawdziwą niespodziankę przysyłając paczkę, w której znalazłem książkę, a w niej odnalazłem swoją biografię. Tak więc po wielu latach spełniło się moje marzenie literackie - zresztą sami zobaczcie (książka).

Kolejne marzenie poznacie następnym razem…

zmiany…

December 12th, 2008

Witam ponownie…

Dziś chciałbym Wam opowiedzieć o zmianach w moim życiu. Co takiego się zmieniło?
Przede wszystkim mogę się pochwalić nowym sprzętem - udało mi się otrzymać dofinansowanie z PFRONu zarówno na komputer jak i nowy wózek elektryczny.
Stary komputer był jeszcze w dobrym stanie, ale pomyślałem sobie że może warto spróbować i wystąpić z wnioskiem o dofinansowanie na nowy komputer. No i… udało się. :-)
Natomiast z wózkiem elektrycznym to była prawdziwa loteria. Po złożeniu wniosku otrzymałem odpowiedź że z powodu braku funduszy mój wniosek został odrzucony. Po kilku miesiącach otrzymałem pismo, że jeden z wnioskodawców zrezygnował ze swojego dofinansowania i mogą przeznaczyć te pieniądze dla mnie. Wszystkie formalności załatwiałem w błyskawicznym tempie i… też się udało. Oto czym teraz jeżdżę: Tracer

Kolejną zmianą było uczestnictwo w pewnym projekcie filmowym…
Skontaktowało się ze mną Stowarzyszenie “Gen” z Poznania, które realizowało film o chorobach genetycznych. Przyjechała do mnie dziennikarka wraz z operatorem kamery i nakręcili ze mną taki jakby mini-wywiad. Wszystko leciało całkowicie spontanicznie, nie mieliśmy przygotowanych żadnych pytań i odpowiedzi, tylko mówiłem “na żywo”.
Miałem wtedy małe problemy zdrowotne i problemy z wymową (z powodu przebłysku w szczęce), ale materiał wyszedł nad wyraz dobrze.
Potem zapomniałem o tym projekcie, a tu nagle niespodzianka… otrzymałem pocztą przesyłkę z filmem na DVD.
Jeśli chcecie sobie obejrzeć moją osobę podczas tego wywiadu, to niestety musicie kupić płytę na stronie Stowarzyszenia: Film ponieważ raczej nie otrzymam pozwolenia na publikację materiału filmowego na mojej stronie.

Nastąpiły jeszcze inne znaczące zmiany w moim życiu, ale opowiem o tym następnym razem…